sobota, 21 czerwca 2014
Owrzodzone łono
Jeśli nocą nie masz zamiaru spać, to powinieneś pójść na melanż. Jeśli nie masz ku temu odpowiednich sposobności, wyciągnij z ulubionej, kuchennej szafki piwko i szybciej lub wolnej wypij je w wygodnej wannie, podczas wieczornej kąpieli. Ewentualnie oczyść z petów mroczne i tajemnicze miejsca w twojej toalecie, w których tradycyjnie trzyma się specyfiki do mycia kibla z gówien i różnych zarazków roznoszonych przez wstrętnych ludzi. Petów nie posprzątałem, za to piwo mi smakowało. Egoista sam sobie niczego nie odmawia, więc byłem bezbronny. To była intymna chwila, erotyczna, żałosna, problematyczna, chujowa, nieestetyczna, nieetyczna. Ja ostentacyjnie upijam się, czasem coś mi się wyleje, niewiele się generalnie dzieje, a rybiki cukrowe ruchem jednostajnym pędzą z jednej fugi na drugą, w nadziei, że kiedy już wynurzę się z wody i piwska, to moje alabastrowe stopy ich nie zgniotą. Nie są to głupie stworzenia. Niektóre są nawet mądrzejsze od ludzi. Wszystkie żyją pod warstwą petów, które kiedyś rzuciłem misternie pomiędzy rury, syf i szmaty do mopa wyglądające jak kosmki jelitowe. Uczyniły sobie z tego dom. A człowiek co robi? Pety wypierdala na piękne łono natury. Moja brzydka sąsiadka, matka otyłego rodzeństwa z mojej okolicy katapultuje swoją kończyną płaza pety na kwietnik pod blokiem, zamiast je składować na swoim owrzodzonym łonie. Naprawdę wstrętnych mam sąsiadów, coś okropnego. Jeszcze inny chodził do sklepu w żółtych getrach i różowych japonkach, ale rodzina wysłała go na odwyk. To był dobry człowiek, żona go biła, ale umarła. Pora wrócić do tematu. Po ostatecznej kosmetyce twarzy wyszedłem z toalety w szlafroku z lumpa. Fajki naturalnie w kieszeni, odżywka z Pantene we włosach, a wewnątrz mnie dziwne uczucie, że się rozpływam. Nie byłem pijany, byłem przygnębiony, ale nie jak człowiek, tylko jak rzecz. Poalkoholowe turbulencje rozcieńczają umysł, a w rozcieńczonym umyśle nie ma miejsca na krystalizację. Potem chciałem coś zrobić, nawet nie pamiętam co, ale pozostałem wierny bierności. Chyba chciałem coś zmienić. W sumie to dobrze, że jest jak jest. Tak czuję się bezpieczny i wiem, że nieruchomy nie ugnę się kiedy oprawca ponownie się zbliży. Moi oprawcy zapewne czekają. Teraz zdrapuję dowodem osobistym pożywienie, które w postaci mazistej od dawna akumuluje się na obudowie mojego laptopa. Odkąd ostatnia próba wstawienia na swoje miejsce klawisza shift skończyła się niepowodzeniem, stwierdziłem, że warto zadbać o to urządzenie i trochę je oczyścić ze śladów użytkowania, przywodzących na myśl przykre wspomnienia. Wtedy nie mogłem się doczekać, kiedy znajdę się w obecnym dla mnie teraz położeniu. A teraz? Jest tak samo. Nie muszę się już tylko uczyć. Szczerze to mi tego brakuje. Trochę to lubiłem, ale kłamać nie będę i nie nazwę tego priorytetem, przynajmniej nie po prawie dziewiętnastu latach egzystencji, z czego ponad rok poświęciłem opiece nad chomikiem Aureliuszem. Był gruby, siwy i miał wielkie jądra, czyli jakby nie było wyglądał na sponsora. Pozostałości na dowodzie po kolorowych naklejkach, które musiałem rozdzierać aby otworzyć arkusz maturalny, oblepiony nimi jak na złość przez plugawe CKE (nigdy mnie nie ujebiecie, chuje), sprawiły, że poczułem się gorzej. To jak widok zwłok własnego potomka. Właściwie to od kiedy odebrałem ten dowód osobisty, to ciąży na mnie jakieś fatum, nazywane przez znienawidzonych przeze mnie realistów odpowiedzialnością za samego siebie.
sobota, 15 marca 2014
Marazm i mizantropia
Niepełny kubek zielonej herbaty starszej niż jedna doba, w której zaczęły się rozwijać kultury bakterii wywołał we mnie impuls potwierdzający zakończenie pewnej długiej czynności umysłowej. Długo czekałem aż skumuluję w sobie odpowiednio uformowane i proste do wydalenia w rzeczywistość struktury z tego co przefiltrowało się ze zmąconej myślą psychicznej zupy w mojej głowie. Dalej nie jestem do końca świadomy co takiego się stało, że wszystkie skomplikowane procesy metamorficzne wewnątrz tej głowy zostały poddane gwałtownym eskalacjom. Dochodzę jednak powoli do coraz bardziej konstruktywnych i precyzyjnych wniosków. Już wiem, że mój problem, to dotkliwie bolesna świadomość destabilizacji. Każdą wolną chwile spędzam w domu, leżę na łóżku otoczony książkami, wysuszonym jedzeniem, wydzielinami ciała i w ten sposób czuję się niczym w dzikiej puszczy, otoczony dziką zwierzyną i jej gównami ukrytymi niczym pułapki w bujnych trawach. W tych trawach jestem jedyną trzciną myślącą, ale jednak tylko trzciną, w dodatku emocje mam roślinne i stoję w miejscu zakorzeniony w tych wszystkich gównach. Moje łóżko to właśnie taki grunt, ruchome piaski, wciąga w filozoficzne rozważania przy kawie, po której trzeba iść się wysrać i rozważać dalej, bo cóż innego emocjonalna roślina może zrobić. Ciężko jest zabrać się za cokolwiek związanego z dążeniem naprzód, a co dopiero do konkretnego celu. Być może moja niemoc spowodowana jest zubożeniem arsenału bliskich mi osób o kilka przedstawicieli tejże grupy, co z kolei wydaje się być owocem dobrowolnej izolacji, na którą to sam się skazałem, aby do matury uchronić się przed kuszącymi dobrodziejstwami życia, takimi jak wódka, romanse z dystansem i bez dystansu, melanże, wódka już była, ale i tak jej nie pijam, bo zwykłem często po niej rzygać, więc może przypisze wartość najwyższą, wartość życiowej pokusy najtańszemu piwku w barze Laguna? To wszystko wydaje się być bez sensu. Czasem wódkę piję. Na całe szczęście, to tylko moje przypuszczenia lub pewnie jakiś bezczelny ignorant traktujący mnie protekcjonalnie powiedziałby, że są to urojenia, trudno jednoznacznie stwierdzić. Boję się, że świat o mnie zapomni i zostanę sam, bo stworzyłem sobie sztuczne ambicje i przyszłość, której nie chcę przeżyć. Ludzie stali się mi niezwykle obcy i odrażający od czasu, kiedy ostatni raz byłem mocno nietrzeźwy, dużo się kurwiłem i nie miałem pieniędzy na powrót do domu żadnym z dostępnych w Katowicach środków lokomocji. Byłem zmuszony stać się przez chwilę żebrakiem, jakimś nędznikiem spod dworca, było to okropne doświadczenie. Trochę przejaskrawiłem tę historię, bo dyszkę pożyczyła mi koleżanka, która jakimś cudem po tej dzikiej nocy spała na tym samym, bardzo brzydkim osiedlu. Jak zwykle można na mnie liczyć, oddam co do grosza w swoim czasie. W każdym razie znalazłem się w wyjątkowo trudnym położeniu. Postawiono mnie (załóżmy, że jakieś niezwykłe siły pozaziemskie to zrobiły, bo tak mi jest łatwiej) w obliczu dokonania trudnego wyboru pomiędzy "rozsądkiem", a wolną wolą. Ten trudny okres przywodzi na myśl okres jeszcze trudniejszy, gdy jako młody uczeń jeszcze bez zmian trądzikowych, bez znajomych i bez radości życia jedynego pocieszenia szukałem nauce. Naprawdę wiedza nigdy nie była dla mnie najważniejsza, nawet wtedy, teraz także i to chyba się nigdy nie zmieni. Obecnienie wiem, czy historia zatoczyła koło, czy to tylko takie chwilowe deja vu, po którym wznowię liczne więzi międzyludzkie, romanse i trochę przekroczę zalecaną dawkę spożycia alkoholu w przeciągu jednej godziny. Wewnętrzna harmonia jest w zasięgu mojej ręki. Powtarzam to sobie, odkąd mój wiek stał się dwucyfrowy. Jak widać zasięg mojej ręki nie nadaje się do triumfalnego wyciągania jej w kierunku pragnień. Zabrzmiało bardzo dwuznacznie. Przeczekam te dwa miesiące i niezależnie od tego jak zdam i czy zdam, pójdę się napić jakiegoś klasycznego drinka z kimś wyjątkowym. Może ten ktoś opowie mi swoją historię, a potem wypijemy następne porcje drinków i ja oczaruję tego tajemniczego kogoś jakimś tekstem z filmu, który tak naprawdę z filmu nie będzie, bo wymyślę go na miejscu pod wpływem fantazji alkoholowych, ale zabrzmi jak z wyjęty żywcem z bardzo wzruszającego i dającego do myślenia obrazu. Nie powinienem jednak oglądać filmów, bo potem ciężko mi sobie uświadomić, że w żadnym nie gram i nie odtwarzam roli jakiejś nieszczęśliwie zakochanej dziwki, z jakąś chorobą nowotworową i depresją na dodatek i robienie dramatycznych min przechodząc przez pasy na drugą stronę plugawej ulicy nie jest uwieczniane na kamerze i nikogo to nie porusza. Lepiej będzie, jeśli nie będę wyobrażać sobie czegoś wspaniałego, bo czuję zbliżający się zawód. Dodam jeszcze, że nie mam papierosów i chyba doleję do tej herbaty wódki.
niedziela, 26 stycznia 2014
Najsmutniejsza cząsteczka na świecie
Jak za każdym razem po melanżu czuję się mniej "mega gwiazdą" niż zwykle jestem sobą. W skrajnie ujemnych temperaturach i z towarzysząca mi niewiedzą, czy stać mnie na bilet powrotny do wsi wesołej wsi spokojnej wyruszyłem na poszukiwania opoki dla strudzonych - dworca autobusowego. Wtedy nastał ten klasyczny moment niczym scena z filmu dokumentalnego o prostytutkach na TVN Style. To moment, w którym lekko pijany, kołysząc się na schodkach do pojazdu podchodzę do kierowcy i pytam się go "przepraszam, czy pan jedzie do kato???". Było miło i luksusowo jak na dwanaście złotych zapłaconych za tą ponad godzinną podróż po polskiej infrastrukturze, szarej i brzydkiej. Wielka szkoda, bo jadąc wcześniej autobusem tego samego przewoźnika zapłaciłem promocyjną cenę ośmiu złotych. Tak, ale cóż, promocja się skończyła tak samo jak mój czas w krainie przychylnej odstępstwom od normy. W głowie znowu swój korzeń zapuściła bezpostaciowa spierdolina, trudna do zlokalizowania psychiatrycznymi metodami. Stwierdziłem, że nie mam sobie i mojemu blogowi nic do powiedzenia. Przecież tak skonstruowany jest człowiek, gdy nie masz nic do powiedzenia, to mówisz cokolwiek, byleby jakoś wykorzystać ulotną chwilę. Nie da się tego ominąć, więc opowiem historię swoich myśli na kacu preliminarnym. Nie prośmy się o to, żeby inni przytakiwali nam i mówili, jak bardzo wartościowymi ludźmi jesteśmy, bo nikt nam tego w dzisiejszych czasach nie powie. Znacznie prościej jest kogoś zgnoić niż powiedzieć, że to wspaniale, że trzymasz się jeszcze w jednym kawałku pomimo tego, że jesteś ofiarą nieudanego eksperymentu. Na czym może polegać taki eksperyment? A no na tym, że widzi się świat inaczej niż oni. Jesteśmy w Mediolanie, a oni są w jakimś tam nie wiem... na wsi podczas jakiegoś pogańskiego święta zgniłych plonów. Masz pięć lat i upodobałeś sobie obskurną, brązową torebkę babci z rozjebaną przegródką w środku. Nie powiodło się. Na tym polegają błędy eksperymentalne. Znacznie śmieszniejsze są doświadczenia w mojej operonowskiej książce do chemii, gdzie nikt nie postarał się o objaśnienie ich. Nitrując benzen, nie można przeoczyć tego, że jest on najsmutniejszą cząsteczką na świecie. Ja nie mogłem. Nitruję sobie i widzę przed sobą sześciokąt foremny z kreskami wewnątrz. Jest to zdelokalizowana chmura elektronów pi. Artystycznie dostrzegłem w nim ludzką twarz, smutną i samotną, może trochę pijaną, może bez wody w domu, tak jak ja. To jest właśnie najpiękniejsza rzecz jaką kiedykolwiek udało mi się zrobić. Uczłowieczyłem coś. Teraz benzen jest moim symbolem. Od tego czasu myślenie stało się gęste.
Subskrybuj:
Posty (Atom)