niedziela, 29 grudnia 2013

Smutek, kula gówna i surfinie

Wróciłem dojrzalszy o te kilka doprawionych wyobraźnią dni, kiedy nie publikowałem nic na moim blogu będącym kuleczką problemów smutnego człowieka, czymś na podobieństwo kuleczek, które turlają żuki gnojowe dla swoich larw. Zawsze miałem taką wizję postępu ludzkiej egzystencji. Zlepek leśnego gówna, który stopniowo się powiększa, a tego, co się potem z nim dzieje nie wie nikt, poza frajerami obeznanymi w tych gównianych tematach. Niczym nie różnimy się od takiej starannie uformowanej owadzimi rączkami kuli z odchodów innych zwierząt. Chwilę temu wypiłem spontanicznego browara, żeby choć na moment zapomnieć o bólu związanym z robakami, które toczą moją kulę. Później zapaliłem sobie nielegalnie kupionego papieroska na balkonie. Chciałem poczuć się jak na dachu ekskluzywnego wieżowca w NYC, lecz znajdowałem się przecież na trzecim piętrze wieśniackiego bloku, a wokół mnie obecne były jedynie zmumifikowane, martwe szczątki pelargonii. Przestałem je podlewać, gdy miałem dwanaście lat. Kiedyś było to miejsce tętniące życiem. Rosły tam też bujnie jakieś fioletowe, przyjemne dla oka kwiatki. Niestety, nie pamiętam ich nazwy. Przestawszy fascynować się botaniką spoglądałem poprzez szybę, jak przemijają. Potrafiły się starzeć w suchej glebie i na mrozie z godnością, a ja z godnością nie potrafię nawet wyrzygać się na ulicy Dworcowej gdzieś w Katowicach, a co dopiero strawić z godnością fakt istnienia osoby, objawiającej się w moich wspomnieniach jako pierwszy gwóźdź do mojej trumny. Natomiast papierosy kupuję nielegalnie, bo na sztuki, w barze dla trzody i cebuli niedaleko mojego brzydkiego miejsca zamieszkania. Prawdziwe i bardzo niebezpieczne gangsterskie życie. Kiedyś chciałem kupić sobie pistolet, oglądałem nawet ładnie wyprofilowane modele stworzone specjalnie z myślą o paniach pragnących się bronić przed napastnikami, ale zrezygnowałem z tego pomysłu. Dość tego pierdolenia. Wypiłem kawę, nie pomogła mi, nie tego się spodziewałem po swojej rozpuszczalnej przyjaciółce zamkniętej w słoiku. Może to znak, że trzeba zaparzyć drugą i skończyć na piątej, a potem drgawkach i biegunce? Znowu czuję się, jak dwukrotnie użyty fragment papieru toaletowego, ale nie tego szarego, tylko tego o pięknej woni, kolorystyce i o rajskich wzorach. Jak to parszywe zero mogło sobie mną wytrzeć dupę?! Wyobraźnia ma jednak wielką moc. Jestem w niej lepszy od innych i tego zera, a kilka godzin wstecz to krótka chwila. Właśnie wtedy wypiłem to piwo, na terenie otwartym, żeby było milej. Lubię powiew wiatru, czuję się wtedy, jak na tych wieżowcach, a te fioletowe kwiatki to były surfinie.

 
 
Po co mi te surfinie były? Mogłem zamiast nich kupić fajki, one i tak zgniły. Chociaż wtedy chyba nie paliłem.

niedziela, 10 listopada 2013

Ikona naszych czasów



Po raz kolejny zamknąłem się szczelnie w swoim wyimaginowanym świecie, silnie inspirowanym życiem ludzi mających więcej hajsu ode mnie. Stworzyłem przestrzeń pełną złudzeń, w której pląsam sobie odziany misternie w ubrania od najlepszych projektantów i podistoty odsuwają mi się z drogi, którą kroczę, niczym Kate Moss na wybiegu. Wyidealizowałem wszystko, co zostało mi dane w momencie narodzin i to, co w sobie wykształciłem przez te pierdolone osiemnaście lat w taki sposób, że powstał obraz ikony lat 10's XXI wieku, ikony naszych, chujowych czasów, brzydkich. Ja, bo któż by inny, jestem tą ikoną, szkoda tylko , że jedynie w moim mniemaniu i we własnym, sztucznym świecie. Sztuczny jest on na dwa sposoby: sztuczny, bo wykreowany przeze mnie, nierzeczywisty, niemający przekładu w rzeczywistości. Sztuczny jest też dlatego , że rządzą nim wartości przez ogół uznawane za płytkie, czyli pieniądze, piękno, lans, okulary przeciwsłoneczne w dni pochmurne... To wszystko składa się na osobę, którą jestem w okresie panującym akurat teraz, fashion-erze w mojej świadomości, w tym moim embrionalnym umyśle. Męską wersją Anny Wintour nigdy nie będę. Nie dlatego , że nie jestem męski i nie wpasowuję się w stereotyp szatyna z trzydniowym zarostem, tutaj chodzi o brak motoru napędowego, siły do postępu. Żałosne. Jestem słabszy niż mi się wydawało, w dodatku strasznym hipokrytą też jestem, bo w opinii ludu słabymi gardzę. Co mi po zachowywaniu się jak gwiazda, gdy nią nie jestem. Łudzenie się jest przyjemnością, której nie można nadużywać, można bowiem się nią kolokwialnie mówiąc najebać, a kac boli. Jest ono jednak bardzo przyjemne. Tej przyjemności można doświadczyć każdego dnia, ja doświadczyłem jej dzisiaj, w sumie wczoraj, bo jest 4:26, no cóż - syndrom bezsenności maturzysty. Tak więc, w celu chwilowego rozwiania ziemskiej chmury przykrego człowieczeństwa, postanowiłem zrobić sobie niskobudżetową sesję zdjęciową, wykonaną autonomicznie przy pomocy mojego laptopa i prostych urządzeń. Niestety, oświetlenie było nieprofesjonalne, bowiem lampka z biurka upadła mi ostentacyjnie ostatnio i przestała działać. Przy pomocy niezwykle specjalistycznych programów do obróbki komputerowej pobranych za free z neta, dokonałem retuszu i popadłem w pejoratywny samozachwyt. Wow. Tak jest codziennie. Codziennie będę robił sobie kamerkowe samojebki, nawet będąc niespełnionym artystycznie studentem farmacji, a potem pracującym starym dziadem (bowiem starość dla mnie zaczyna się po trzydziestce) gdzieś w laboratorium. Obym tylko miał dużo pieniędzy, tylko one będą w stanie dać mi chwilę rozkoszy, gdy będę dojrzały, brzydki i samotny. W ten banalny sposób odtworzyłem w pigułce swoje zjebane konotacje zapuszczające gnijące korzonki w czymś, co błyskotliwie nazwałem sobą. Czuję, że jestem już u mety mojego rozwoju osobowościowego i czuję się z tym bardzo źle.



Tradycyjnie dzielę się ze sobą muzyką.

sobota, 2 listopada 2013

Najciemniej pod latarnią

Standardowo, ja, głupia dziwka nie zrobiłem nic z tego, co miałem zrobić. Wyruchany przez swoje ambicje oddaję się temu, co potrafię robić najlepiej, czyli dodaję słabe posty na blogu. Znowu siedzę kilka dobrych godzin w niezmiennej pozycji na swym legowisku zaśmierdłym wydzielinami życia i doskwiera mi potężny ból kręgosłupa. Właściwie, to jestem na straconej pozycji... Do takich przykrych wniosków doszedłem po mojej halloweenowej imprezie. Ściślej rzecz ujmując, to zacząłem zastanawiać się nad swoim charakterem i nad tym, w jaki sposób wpływa on na moje relacje międzyludzkie. Oczywiście, nie jest to fajny sposób. Chodzi mi tutaj o relacje nieco bardziej głębokie i intymne niż typowe wiązanie człowiek-człowiek. Bardzo poważnie się zastanawiam nad tym, co doprowadziło do tego, że takie kontakty są mi utrudnione i jak to jest odbierane przez obserwatorów, potencjalnych wiadomo kogo sytuacji, gdy staram się zainicjować rozmowę zmierzającą do fazy preliminarnej flirtu. Wydaje mi się, że w przeszłości popełniłem kilka błędów i odcisnęły one swoje piętno, które teraz boleśnie mnie obciąża samotnością i niemożnością wchodzenia w umysły innych osób, bo one się tego boją. Stwierdziłem, że wezmę to na klatę, tak też zrobiłem. Wyszło jak wyszło. Jak to mówią, najciemniej jest pod latarnią. Te stare porzekadła o nieznanych mi autorach, niosą w sobie wielką prawdę, chociaż niezupełnie rozumiem ich sens, którym chcą mnie nakarmić, to interpretując je na swój dowolny sposób, pod wpływem różnych stanów emocjonalnych, można sobie umilić przykrości i ziemskie smutki. Tak to już z egzystencją jest. Należy się łudzić i upiększać swoją rzeczywistość wszystkimi dostępnymi elementami tego świata, trochę ma on do zaoferowania dobrych rzeczy i dobrych ludzi. Mnie akurat spotykają złe rzeczy i źli ludzie, żałośni przedstawiciele homo sapiens niemający sobą nic do zaoferowania. Brzydka jest teraz noc, powinienem się chyba ubrać po wyjściu z wanny i zaścielić łóżko, a ja piszę. Nie wspomnę o niebosiężnej ilości zadań z chemii. Kiedyś osiągnę równowagę, teraz przejdę przez piekło, które w połowie sam rozpaliłem.



Nowa płyta Lady Gagi, której oczywiście nie przesłuchałem legalnie, to jedna z piękniejszych rzeczy na naszym brzydkim świecie, opanowanym przez coś tak szkaradnego, jak my. No cóż...

sobota, 26 października 2013

Kawa z fajką i celubulowe lejsy oraz matura

Rutyna w moim życiu staje się coraz bardziej gęsta. Wszystko nabrało rytualnego wymiaru. Kawa, papierosy, przeklinanie, obżeranie się laysami. Nigdy nie zwracałem uwagi na ciągłość tego wszystkiego, a teraz tak nagle zdałem sobie sprawę, jak wielu zjawisk materialnych i niematerialnych jestem niewolnikiem. Opanowany przez nikotynę, kofeinę i przeświadczenie że jest się smutnym. Niby da się bez tego żyć, ale ja zawsze uroję sobie, że gdy rytuał nie zostanie zwieńczony, to źle się stanie. Źle się dzieje nawet po zwieńczeniu, ale jestem z tej grupy osób, które dmuchają na zimnie, więc bądź co bądź bardziej satysfakcjonuje mnie to mniejsze zło następujące po przejściu wszystkich "procedur". Nie sądziłem, że okres popierdalania z chemią i biologią do matury będzie taki trudny. Nawet teraz, gdy zajadam się pryncypałkami, myślę o przyszłości. A wydawałoby się, że konsumpcja czekoladowych batoników to czynność błoga dla umysłu, dająca uczucie odizolowania od rzeczywistości, a jednak tak nie jest, nie w moim przypadku. Świetnie to ująłem - ja jestem przypadkiem... Od początku wiem, że coś w mojej egzystencji działa nie tak, jak powinno. U innych form ludzkich nieszczęścia zawsze miały charakter hmmm punktowy, u mnie to jakiś taki zygzaczek, ciągnący się od kiedyś tam do teraz. Raz jest wyżej, raz niżej. Raz jest dobrze, a raz źle. Kojarzy mi się to z funkcjami i matematyką, ja pierdole. Ponownie mój ciężki stan martwicy osobowości się pogłębił. Znowu nie wiem w jakim celu ja postępuję wbrew sobie idąc tą drogą. Zaszedłem nią już wystarczająco daleko, chociaż mogłem dalej. Teraz mam szansę wyjść z gówna, w którym grzązłem już wystarczająco długo. Kim bym więc był, gdybym tej szansy nie wykorzystał? Boję się tego, co się zacznie dziać potem, po wykorzystaniu tej szansy. Najbardziej jednak boję się tego jak mutują relacje między mną, a ludźmi. Ale to strach tylko na jednej płaszczyźnie. Jest to terytorium bardzo niematerialne, a ostatnio zrodził się we mnie strach materialny. Dostrzegam swoje przemijanie. To, że włosy z głowy wypadają, a zaczynają rosnąć w nadmiarze wszędzie indziej. Nie chce mieć zarostu. Między innymi chęć depilacji laserowej i pozbycia się tego obrzydlistwa motywuje mnie do nauki. Po studiach chce mieć pieniądze, nie jakieś zawrotne sumy, ale konkretne. Gdy względne piękno przeminie one pozostaną i umilą mi trwanie ku końcowi. Niestety, nie wiem, czy zrekompensują mi brak żywej duży wokół. No cóż, na to pytanie odpowiem sobie za kilkadziesiąt lat. O ile dożyję, bo papierosałki robią swoje. Pierwszym krokiem do tej odpowiedzi będzie dostanie się na studia. Zacznijmy więc od najmniejszych kroczków, zabieram się więc za zadania z tlenków, wodorotlenków, kwasów i soli. Czas dopisuje, jest druga w nocy, magicznie. I do tego Placebo.


sobota, 12 października 2013

Matura to pizda

Maturalny zapierdol dopadł i mnie - jakież to błyskotliwe stwierdzenie, przecież jestem maturzystą. Wyobrażałem to sobie nieco inaczej, ale wszystko przyjmuje postać bardzo zbliżoną do wykreowanego przeze mnie schematu "pracy" w tych trudnych dla mnie chwilach. Brak czasu na naukę z bieżącego materiału, defekację, masturbację...... tutaj postanowiłem sam ocenzurować swoje myśli aby zachować trzeźwość umysłu, gdyż będzie mi potrzebna, aby wycisnąć z siebie więcej niż moje odpadające od notatek palce, umysł tak piękny jak niedorozwinięty, hajs matki na pomoce naukowe i srający co pół godziny odbyt przepłukiwany skrupulatnie kilkoma kawami dziennie są w stanie mi zaoferować Życie towarzyskie ograniczone zostało do minimum. Właściwie to odebrałem sobie właśnie to minimum, które miałem wcześniej i korzystałem z niego bezwstydnie,... lubiłem to robić, bardzo. Boję się, że zostanę zimną, zapracowaną suką, która nie widzi nic poza książkami. Kręgosłup odmawia mi posłuszeństwa, gdyż swą wymyślną i meandrującą kaligrafią preparuję notatki na niezbyt wygodnym łóżku, w pozycji silnie embrionalnej. Dodam, że faktura tego chujowego mebla odbija się na mojej skórze, tworząc coś na kształt jakiś wzorów plemiennym, w każdym razie wyglądam wtedy odrażająco. Oczekując nieoczekiwanego przybrałem wyjątkowo bojową postawę, moi znajomi maturzyści są dla mnie niczym wrogowie uzbrojeni aż po zęby w zakazaną broń z Afganistanu. Tak już mam, że gdy mi na czymś zależy, to muszę to zrealizować najlepiej jak potrafię, nawet po trupach bliźnich. W przeciwnym razie będę miał kolejny już z kolei, niezwykle piękny okaz niematerialny na półeczkę kolekcjonerską w mojej świadomości, którą błyskotliwie zatytułowałem LISTA RZECZY, KTÓRE ZJEBAŁEŚ I MOŻESZ SIĘ NAD SOBĄ UŻALAĆ (ewentualnie weź zaurocz swoją egzaltowaną i przepełnioną smutkiem gadką jakąś fajną dupe i litością idącą w parze z przeszklonymi oczkami zainicjuj nowy, ciekawy romans) (dużo nawiasów, to są skutki rozwiązywania równań i nierówności i innych rzeczy, które zawsze okazują się źle rozwiązane - jebane odpowiedzi z tyłu, odbierające nadzieję). Ahhhhh! Chciałbym znowu móc udać się do lasu z papieroskiem i w stanie alfa porozmyślać nad sensem swojej egzystencji, chociaż pewnie i wtedy zdałbym sobie sprawę, że całe moje życie w najbliższej przyszłości będzie się skupiało na wiadomo czym. Staram się unikać tego brzydkiego słowa na M nie dla zachowania nienagannej kompozycji stylistycznej mojego nacechowanego pejoratywnie tekstu. Po prostu wkurwia mnie monotonia, która potowarzyszy mi aż do maja. Pozostaje mi jedynie zrealizować wszystkie, tryumfalne postanowienia zrodzone w mojej głowie, a mając na uwadze moje lewicowe poglądy, z całą pewnością było to zapłodnienie in vitro.

A tak poza tym to mi smutno.

niedziela, 8 września 2013

Kontemplacje

Nie ma się co starać o nieosiągalne cele. Ludzkość zawsze sprawiała mi problemy, zwłaszcza dobieranie sobie ich przedstawicieli zgodnie z moim widzimisię i szufladkowanie jej na znajomych, przyjaciół i... nazwijmy ich konkubentami. Z tym ostatnim jest zawsze problem, bo każdy kto przeszedł moją fazę obserwacyjną pomyślnie, nie chce się zgodzić na przystąpienie do eksperymentu. No cóż, nie można mieć wszystkiego co się chce. Moje wnętrze ma się dużo lepiej, słuchałem dużo Amy Winehouse, wypaliłem dużo papierosów, trochę Barmańskiej też wypiłem. Standardowa terapia okazała się być niezawodnym sposobem na poprawienie sobie humoru w spędzony samotnie, nostalgiczny weekend. Niektórzy tego nie rozumieją, ale czego oczekiwać po tych żałosnych kupach mięsa o kształcie humanoidalnym na Facebooku. Żyjąc tylko w sieci trzy lata temu było mi dużo prościej. Rzeczywisty świat jest mniej podatny na kontrolę, nie można się wylogować w sytuacjach stresowych, gdy ktoś się do nas zbliża, a my tego nie chcemy, bo to boli.

Gdybym mógł ją poznać na pewno mocno bym ją przytulił, poczęstował szlugiem i pewnie spędzilibyśmy dużo czasu na nocnych kontemplacjach o smutku i ludziach, pijąc wódkę za wódką. Chociaż ona miała mocniejsza głowę, więc dla mnie butelka, a dla niej, nie wiem, może z dziesięć + crack.



Nie zakończę wpisu piosenką, chcę jeszcze coś z siebie wyrzygać. Ale mam pusty żołądek. Co mam powiedzieć? Że kurewsko mi brakuje osoby, z którą spontaniczność nabiera zupełnie innego wymiaru? To dla zgimbazjalizowanych dzieci nieszczęśliwych w swoich zauroczeniach. Tylko muzyka mi pozostała, pozostanie już po kres moich dni. Nie wiem czy to dar czy klątwa. Nawet nie mam ajfona pięć. Żenada. Ż-E-N-A-D-A. Wydaje mi się, że prawdopodobnie pisane mi jest być alkoholikiem, to bez wątpienia przeznaczenie. Pewnie dlatego ta pizda Amy zawsze była najbliższa memu choremu serduszku i gdy pierwszy raz ją usłyszałem, pomyślałem "kurwa, to jest dobre, to coś pewnie opisuje mnie, chociaż nie znam angielskiego, ale pewnie i tak mnie opisuje". Wtedy nie wiedziałem, że istnieje coś takiego, jak tekstowo.pl. Mniejsza z tym. Wszystko się zgadza. Amy umarła dwa lata temu, a ja nie wiem jak długo będę ruchem pełzakowatym przemieszczać się ze skrajności w skrajność. Pozostaje mi więc zapalić, pomyśleć chwile i przekroczyć próg mojej szkoły, ale to jutro. Rucham ten świat i mam HIV.

piątek, 6 września 2013

YOLO

Piątek/Sobota. Do tej przestrzeni nocnej w tygodniu mam najbardziej ambiwalentny stosunek. Niby noc, wiadomo - czas na melanż po ciężko przepracowanych dniach roboczych za marny hajs (nie dotyczy Kim Kardashian). Własne myśli są stłumione brzydotą napotkanych w klubowej palarni ludzi i oklaskami lumpenproletariatu do nowego singla Lady Gagi. Sam nie wiem z jakiego powodu nie prowadzę kontynuacji swojej serii wakacyjnych eskapad po świecie danceflooru oraz smacznych drinków, na które nigdy mnie nie stać, więc zawsze kupuję czystą. Być może jest to spowodowane moim ciężkim stanem psychicznie wręcz agonalnym. Oczywiście w mniej więcej 70% całe to zamieszanie spowodowane jest jedną, cholerną osobą, więc.............,




więc.............,




więc.............,




więc.............,





........................więc no cóż (kocham moje "no cóż").  Tak to jest, że czasem ktoś po wypiciu pewnej ilości destylatu alkoholowego rozcieńczonego wodą w stosunku ok. 2:3 usiłuje się wpierdolić z brudnymi butami do naszego starannie i kunsztownie układającego się życia, ambicji o wysokim wyniku na rozszerzonej maturze z chemii, chęci bycia wrednym i pozornie próżnym singlem 4ever. Żyje się tylko raz. Trochę mnie przeraża moja ubarwiona do granic absurdu wizja przyszłości, nawet tej najbliższej, bardzo bliskiej i tej absolutnie nierealnej. Może się uda. Autopsja wiele mnie nauczyła. Przywykłem do porażek i łapania owadów latających wokół laptopa rękami. Rutyna jest bardzo zła, przytłacza mnie, ale ma swoje pozytywne strony. Dzięki niej pewne sytuacje typowo ludzkie są przyjemniejsze, niż dla kogoś, kto całe życie trwa w zmiennych środowiskach zarówno rówieśniczych, jak i każdych innych. Podobnie bywa z tymi nieprzyjemnymi sytuacjami, boli jak chuj. Tym oto tradycyjnie filozoficznym akcentem kończę egzaltować i pędzę zapalić sobie papieroska elegancko w kiblu.

poniedziałek, 2 września 2013

Nie tylko papierosy

Znowu się we mnie trochę uczuć, niepewności, wstrętu do siebie i wkurwienia wymieszało. Boje się tej niebezpiecznej substancji, którą się stałem. Szkoła przywróciła moje stare nawyki, a mianowicie uległość wobec czułych objęć dymu papierosa, jedynych czułych objęć z jakimi ostatnio mam styczność. Nie jest to palenie na imprezach, dla relaksu, towarzysko. To jest histeryczna konieczność natychmiastowego zajarania, będąca produktem ubocznym rodzącego się we mnie stresu, związanego z wizją zapierdolu w klasie maturalnej. Widzę, że inaczej trzymam papierosa. Nie wypuszczam go z palców, gdy już dociera do mojej jamy ustnej. Rozluźniona wersja mnie zawsze go wypuszczała i obserwowała podniebne wędrówki śmierdzących chmurek o artystycznych kształtach. Mój stan również związany jest z wieloma osobami, które poprzestawiały mi szufladki, więc nie wiem gdzie zajrzeć w razie problemów natury osobistej, które doskwierają mi w chwili obecnej bardzo boleśnie. To jest właśnie sensem mojego bloga, po to go stworzyłem. Za kilka tygodni, gdy wszystko będzie już okej (lub też nie okej, ale zakładajmy tę pozytywną opcję) przeczytam to co tutaj pięknie napisałem, i będzie mi lepiej. Ja pierdole, nie będzie okej. Nie wiem czy potrafię porozumieć naukę i życie osobiste, a co dopiero swoje chore usposobienie z czyimś życiem. No cóż, muzyka jest i będzie mi pomocna. Bez niej byłbym niewolnikiem rzeczywistości.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Szczury laboratoryjne

Ludzkość zaskakuje, zdumiewa, a zarazem przeraża mnie coraz bardziej. W wolnej chwili postanowiłem bliżej przeanalizować prosty mechanizm, według którego zbudowane są umysły osób z mojego otoczenia i tych, których wstydzę zakwalifikować do mojego otoczenia, ale chcąc nie chcąc się w nim zawierają. Tak więc do rzeczy. Wakacje są okresem silnie zagęszczonego występowania wszelkiej maści warstw społecznych, w tym tej, którą poniekąd sam nazwałem, chociaż określenie "stworzyłem" pasuje mi tutaj jeszcze bardziej (czuję się jak Pan Bóg). Mowa oczywiście o robactwie. Nigdy nie miałem na myśli osób ubogich materialnie. Bieda to stan umysłu i chodzi głownie o okazy, u których przestrzenie mózgowe sponiewierane są bardzo silnym debetem. Dziwnie, bo brzmi to tak, jak gdyby wcześniej coś tam się znajdowało. Doświadczenie nauczyło mnie, że człowiek źle ubrany niekoniecznie nie ma pieniędzy na dobre szmatki. Nie od dziś wiadomo, że dobry outfit można sobie zasponsorować w lumpie za trzy dychy. Za tyle też można kupić sobie prawda śliczne majtki w H&M. Kilka lat bacznego przyglądania się rówieśnikom pomogło mi stworzyć schemat, zgodnie z którym szacuję użyteczność intelektualną jednostek. Ktoś mądry powiedział, że nie ocenia się książki po okładce. Ja mówię, że trzeba patrzeć na tylną część oprawki twardej bądź miękkiej, bo tam jest napisane o czym dany stos papierków jest i czy warto po niego sięgnąć. Czym są owe napisy u ludzi? Chłodno kalkulując doszedłem do wniosku, iż w zależności od płci są to: adidasy, ogolone głowy, dresy, tłuste włosy, zarost niczym łoniaki u koszatniczki, cwaniacki chód np. na mieście, agresywne spojrzenie puste w dodatku, bardzo dobrze wyczuwalny smród i widoczne miejsca silnie pocące się, wulgarna twarz, a także ubogi język urozmaicony jedynie ordynarną i prymitywną terminologią. Tutaj zobrazowana została płeć brzydka.Warto zauważyć, że osobniki te posiadają niebywałą umiejętność łączenia wulgaryzmów w niebotycznej długości tak zwane wiązanki. Uogólniając są to osoby zaniedbane, głupotę mają wypisaną na czole. Ufff, ależ zrobiło się gorąco, aż musiałem zdjąć szlafrok. Natomiast u kobiet sprawa jest bardziej zróżnicowana. Może być podobnie, jak w powyższym przypadku, ale też można pójść drogą stereotypowych białych kozaczków, brzydko rozjaśnionych włosów i widocznym uzależnieniu od solarium. Ciekawym zjawiskiem są także dorysowane brwi, które osiągają niesamowicie astralne kształty! Oczywiście moja teoria jest mylna. Są wyjątki i niestety spotykam się z nimi coraz częściej. Reprezentanci estetyki zewnętrznej bardzo często są pustymi egoistami, którzy zatracili dawno chęć do rozwoju. Wydaje mi się, że ta chęć to główna cecha odróżniająca robaka od... i tutaj występuje problem. Ciężko jest mi znaleźć odpowiednie określenie, dla człowieka takiego jak ja i mnie podobnych. Nie mam wysokiej samooceny. Każdy moment wywyższania się uzasadniam logicznymi argumentami i nie jest to chełpienie się hajsem tudzież ładną buzią. Cały czas tematyka mojej internetowej spuścizny obraca się wokół stopnia rozwoju rozumu u homo sapiens. Doświadczenie, pytania i autonomicznie rodzące się w mojej głowie odpowiedzi dały początek stworzonemu przeze mnie obrazowi rzeczywistości. To był skomplikowany proces. Analizowałem różne typy osobowości i każdemu przypinałem pewnego rodzaju etykietę. Mały przykład tego etykietowania zaprezentowałem powyżej. Zacząłem więc się zastanawiać co sprawiło, że robaki poruszają się innym torem niż ja, torem nad przepaścią. Dlatego, że są tak bardzo podatni na manipulację ze strony tych "wyżej postawionych".  Chodzi mi oczywiście o media, religię, politykę, autorytety. To główna przyczyna ujednoznacznienia słowa społeczeństwo ze szczurami laboratoryjnymi. Aby mieć podstawy do budowania czegokolwiek, muszą się posiłkować czymś co jest już bardzo ładnie podane na tacy. Każdy tak robi, nawet ja, ale nie każdy robi to w dobry sposób.  Postanowiłem spróbować na własną rękę i sam sterowałem innymi w sposób dla nich nieszkodliwy. Wciąż to robię, czasem nawet czerpię profity. To tak jak wpajanie ślepemu, że białe jest czarne. Powinniśmy mieć się na baczności. Na sobie już przetestowałem, że głupota jest zaraźliwa, a nosicielem tej przykrej choroby są ludzie, nawet ci nam najbliżsi. Dlatego też należy pozbyć się skrupułów i potężną barierą oddzielić się od robactwa i pozostawić przy sobie jedynie tych, którzy na to zasługują. Ja się wyleczyłem. Pomogły mi przede wszystkim pytania, na które sam starałem sobie odpowiedzieć, posiłkując się książkami, wiedzą zostawioną przez przodków. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jakimi marionetkami w swoich rękach są. Nie mają pojęcia o możliwości zerwania się ze sznurków, niektórzy nawet nie chcą. To doprowadzi do wzajemnej eksterminacji i będzie to finalizacja naszej egzystencji. Będzie to rzecz dobra, bo człowiek to najmniej udany twór ewolucji.

PS skończyłem już 18 lat



I tak, śpiewałem to sobie jedząc urodzinowe śniadanie sporządzone na ostatkach sił. W tej piosence dostrzegam wiele ironii. I'm a happy girl! Z tą różnicą, że mój world nie jest happy

wtorek, 16 lipca 2013

W zdrowym ciele zdro... większe branie

Pragnę zacząć od dobrej informacji. Rzuciłem palenie. Tak, wiem, że to brzmi absurdalnie do granic wszechświata i jeszcze dalej, ale w pewnym sensie to prawda. Nie odczuwam już tej pierdolonej potrzeby wciągnięcia mą piękną buzią dymu za każdym razem, gdy tylko poczuję aurę nudy tudzież wkurwiania. Z tym drugim się ostatnio (co bardzo dziwne) nie spotkałem. Przynajmniej nie z takim powodującym u mnie napady paniki i przelew inwektyw kierowanych zazwyczaj w kierunku osób niezbyt inteligentnych, bo to one zwykle podgrzewają swoim ubóstwem intelektualnym płyny ustrojowe w mojej zacnej czaszy. Przyszła pora urodzić lub też poronić pytanie... Jakim cudem ja, palacz z przeznaczenia, osoba według której papieros we własnych ustach dodaje piękna i klasy, koneser wykwintnych gatunków tytoni zawartych w el-emach lajtach i w zależności od funduszy redłajtach lajtach pożegnał się z moim niosącym za sobą brzydką cerę i chudy portfel nałogiem. Wystarczyła mi do tego babcia chora na raka. To chyba jakieś symptomy powrotu zamrożonej uczuciowości, z której spływa gruba warstwa lodu. Może staję się z wiekiem odpowiedzialny. Trochę mi się zrobiło głupio, że sześćdziesięcioletnia kobieta z jednym płucem leży w łóżku po operacji i ogląda wraz z siedemnastoletnim wnuczkiem palaczem programy lifestylowe w TV. Jest to dość niekomfortowa sytuacja, dlatego też mój złoty środek przestał odgrywać  istotną rolę w moim życiu. Niestety, chyba nie jestem gotowy na tak radykalną zmianę. Alkohol nadal łączę z wyimaginowaną przyjemnością dymu rozkosznie pieszczącego jamę ustną, pełzającego poszczególnymi elementami układu oddechowego ku jego ujściom, aby eksterminować powoli każdy fragment mojego wnętrza, zaczynając od płuc. Liczę na efekty widoczne szczególnie na twarzy, to jeden z głównych celów towarzyszących temu spektakularnemu przedsięwzięciu. Bycie powierzchownym ludzkim ścierwem jednak ma swoje plusy. Cóż, zawsze uwielbiałem wpatrywać się w to, z jaką niezwykłą precyzją sklejona jest bibułka papierosów, jakiż to był piękny widok, towarzyszył mi we wszystkich ważnych momentach, a także bolesnych upadkach w moim życiu. Generalizując te wszystkie ważne momenty były upadkami, ale to fakt marginalnej wagi. Na papieroskach oczywiście nie zaprzestałem. Fitness, zdrowa żywność, jeszcze większe tony kremów w moim kiblu. To wszystko chyba jest częścią składową mojej metamorfozy związanej z wejściem w dojrzałe życie, dobrze, że tylko na kawałku plastiku o różowym zabarwieniu, gdzie będą figurować moje dane osobowe oraz podobizna. Na zdjęciach legitymacyjnych zawsze wychodzę zniekształcony, więc do dowodowego nie będzie inaczej. Jeśli chodzi o sport, to zakochałem się w programach treningowych opracowanych przez Mel B. Babka ma zajebiście motywujący głos, zawsze urozmaica katorżnicze ćwiczenia swoimi dopowiedzeniami typu "spociłam się, jak wiecie co". Treningi zaczynam już od jutra. Jeżeli chodzi o akcesoria do pielęgnacji zewnętrznej to myślę, że nie będzie większych problemów, chyba, że mamusia lub co gorsza tatuś będą sobie prawda korzystali z moich specyfików. Najczarniejszy obraz przyszłości to odżywianie. Całkowita rezygnacja z różnorodności śmieciowego jedzenia, które oferują producenci to wyczyn graniczący z cudem. Podejmę się tego wyzwania, jako szlachetny śmiałek, dumny pośród sam nie wiem kogo. Cała ta szopka związana z odpierdalaniem życia bez papierosa 4ever i towarzyszące temu poboczne zmiany to małe piwo (z piwa też muszę zrezygnować) w porównaniu z czymś co pewien mały ktoś wywołał z moim odbiorem rzeczywistości. Nie sądziłem, że jeszcze potrafię się do kogoś przywiązać. Myślałem, że etap potrzeby bliskości mam już za sobą. Czy to też przez brak fajek?

Bądź silna dziwko.



Za oglądanie nowych skinsów zabieram się, gdy tylko światło dzienne ujrzą napisy i rany mojej boleśnie poturbowanej duszy zostaną starannie zdezynfekowana czystą. Po opiniach znajomych wnioskuję, że się zawiodę i stracę cenny czas na oglądanie tego chujstwa.

środa, 26 czerwca 2013

Stan nirwany bez rzygowin

Dzisiaj czuję się wyjątkowo stabilnie ustatkowany psychicznie. Zjawiska dnia codziennego nie wkurwiają mnie z taką olbrzymią siłą jak to zwykły robić w każdym innym punkcie w czasoprzestrzeni. Dziwne uczucie, jednak wydaje mi się, że nigdy nie zdołam osiągnąć stanu nirwany, który pozytywiści polscy tak bardzo kochali (ooo pięć godzin języka polskiego tygodniowo do czegoś się się przydało). Cóż, cieszę się, że jest jak jest, ale to tylko chwilowa radość, obejmująca pewien konkretny obszar w ośrodku innym niż moja tożsamość mentalna. Jest mi dziś dobrze, ale czuję się źle. To ambiwalentne uczucie ma na mnie obojętny wpływ. Tak! Jednak nie radość, a błoga obojętność. Idealny opis stosunku, który obecnie mam do otaczającej mnie rzeczywistości, a także ludzkich twarzy, które wywołują u mnie silne zgniecenia żołądka i możliwość wyjebania jego zawartości na teren otwarty, przez okno najlepiej, najpiękniej. Być może jest to spowodowane nowym singlem Edyty Bartosiewicz. Jakby te kilkanaście lat w ogóle nie minęło.

sobota, 15 czerwca 2013

Bluzka x4 = kilka minut szczęścia

Wakacje już wołają nas z daleka  krzykiem w postaci jebiących chlorem spalonych ciał, wracających z pobliskich pływalni otwartych, a także katorżniczym upałem w popołudnie. Wbrew pozorom nie jest to radosny dla mnie moment. Czerwiec jak zwykle najgorszy. Wkurwiający nauczyciele i cholernie dobra pogoda, której owocem jest pot w okolicach wstydliwych miejsc, jak myślę nie tylko dla mnie. Nauczyciele wkurwiają mnie najpiękniej jak tylko potrafią. Cóż, nie bez powodu mówi się, że ciało pedagogiczne to najbrzydsze ciało jakie może być. Wielu uczniów przebudziło się w tym pięknym miesiącu, aby ciężką pracą tudzież lamentacyjnym płaczem otrzymać promocję do następnej, cudownej, niesamowitej i wymagającej - klasy maturalnej. Swoim trzecim okiem przeczuwam, że będzie to największy zapierdol z jakim przyszło mi się dotychczas zmierzyć. Kolejny taki zaszczyt spotka mnie dopiero podczas poszukiwania lokum na studia, oby jak najdalej od tego mrowiska, gdzie swój rozród prowadzą zbyteczni ludzie, z którymi  oto przyszło mi żyć. Obok zakupów, o których za chwilę niezwykle ciekawym doświadczeniem było gradobicie na moich rodzimych katakumbach. Kule lodu wielkości czereśni lub, jak kto woli uformowanych ruchami perystaltycznymi jelita grubego gówien kozy i innych zwierząt wiejskich, na kształt zbliżony do ideału geometrycznego. Jak nietrudno się domyślić czytelnikom znającym mój chwilowy stan radości spowodowany nabyciem nowej rzeczy materialnej najmilszym akcentem dnia dzisiejszego były zakupy, nawet udane. Na cztery kupione rzeczy przestała mi się podobać tylko jedna, i to dopiero po drugim przymierzeniu jej w domu. To niebywały sukces. Zwykle wychodzę z większą ilością ubrań i podoba mi się tylko jedna rzecz. Obawiam się jednak, że pozostałe trzy rzeczy także przestaną cieszyć me oko i duszę materialisty. Ciężko żyć w świecie, gdy nie ma się pieniędzy na zaprojektowanie swojej własnej linii ubrań i wprowadzenie jej w życie. Chodziłbym w nich tylko ja. To jedno z wielu powierzchownych pragnień motywujących mnie do zarabiania hajsu w przyszłości. Spędziłem w "Hymy" jakieś 30 do 40 minut. Spotkałem znane twarze, ładnych i brzydkich ludzi. Kiedy zastanawiałem się czy kupić więcej koszulek za 20zł czy może mniej, ale z nadrukami za 40zł, wpadłem na pomysł, że mogę kupić koszulę z takim samym nadrukiem do droższa koszulka, ale w cenie 80zł. Ceny podaję w zaokrągleniu do całości, gdyż pisanie wszędzie 99 groszy niszczy mój zamysł kompozycyjny całego tekstu. W każdym razie ten dylemat wielkiej skali doprowadził mnie do mimowolnego wkroczenia w strefę głębszych przemyśleń egzystencjalnych. Doszedłem do wniosku, że zakupy działają tak samo jak medytacja. Czuję się lepszym człowiekiem po shoppingu. Wracałem kurwa pieszo, więc czuję się też zmęczonym człowiekiem. Czy wakacje spędzę po mojej myśli, czy po istniejącej w ułamku procenta myśli osób ograniczających mnie, tego dowiem się w najbliższym czasie. W hibernację wprowadzam swój umysł stopniowo.

sobota, 25 maja 2013

Tajemniczy ogród

Człowiek względem innych istnień ziemskich jest najbardziej zbliżony do doskonałości, sam bowiem jest wyznacznikiem jej kanonów. Tworząc nowy świat stał się jego niewolnikiem. Wszystko co zostało stworzone ludzkim umysłem posiada jego namiastkę, która może się rozwijać niosąc zagładę. Stajemy się niewolnikami rzeczywistości, żyjącymi w labiryncie, który pozornie nie ma wyjścia. Możemy przestawiać ściany zgodnie z naszą wyobraźnią i nadawać im dowolne kształty. W ten sposób droga na skróty jest znacznie prostsza, jednak nadal bez końca. Obrazkowa rzeczywistość, wyidealizowany świat piękna i niebanalności to pogłębiający się niekontrolowany proces, w którym uczestniczą ludzie szukający sensu życia na tej pokurwiałej planecie. Proces powstawania ludzkich tworów niematerialnych jest trudny do określenia, ale początek ich narodzin jest ściśle związany z chęcią i popędem człowieka do ekspandowania swojej wyobraźni. To ona jest źródłem świata człowieka, jako nie tyle co najwyżej umiejscowionego w ewolucyjnym drzewie stworzenia, ale człowieka jako najmniejszej i podstawowej cząstki elementarnej budującej świat humanistyczny. Siła grawitacji, warunki atmosferyczne i i procesy zachodzące we wnętrzu organizmów żywych istniały od zawsze, zostały jedynie w późniejszym okresie zdefiniowane przez człowieka.To niesamowite, jak bardzo różni są ludzie i jak niezwykle odmienne otoczenie mentalne stworzyli dla siebie, mniej lub bardziej im odpowiadające. Człowiek odmawia sobie pewnych przyjemności uznawanych przez innych za złe, przez co jego świat staje się swego rodzaju domem, gdzie niektóre drzwi są zamknięte, a klucz jest na wyciągnięcie ręki. Niektórzy jednak nie potrafią posłużyć się tym kluczem w celach poznawczych, które mogą nieść radość i odnowę fundamentów dla wszelkich płaszczyzn człowieczeństwa. Ja żyję na płaszczyznach, który terytoria urodzajne obsiewam sam, wyrywając chwasty rozproszone przez wrogo nastawione mi jednostki. Cóż, pielęgnuje niezły ogród gdzie dominującą rolę zaczęły odgrywać owadożerne kwiatuszki, trawiące wstrętne robactwo. Jest do aluzja do mojego wrogiego nastawienia wobec ludzi. Polecam taką postawę, rozsądna i rozważna. Zawsze jest możliwość odwrotu, ale nie można w pełni wykorzystać przyjemności, jaką daje nam bycie istotą zdolną do nawiązywania więzi. Miłych chwil także jest niewiele, chociaż w swoim życiu chyba najmilej będę wspominał zakupy. Cudowne momenty ekstazy widząc piękne ubrania, wiszące na wieszakach, takie martwe i na przecenach.



Napisała do mnie osoba z przeszłości, kiedyś ważna. Teraz czuję się w stanie przejść obojętnie wobec jej najokrutniejszych cierpień. Długo na to pracowałem.

piątek, 10 maja 2013

Potop nienawiści

Ja pierdole! Moja wewnętrzna nienawiść, którą tłumię w sobie od lat właśnie osiągnęła apogeum jeśli chodzi o jej objętość w moich trzewiach oraz próchniejącej duszy. Ludzie są dla mnie zbędni. Wszechobecne robactwo, zdewaluowane, niewidzące sensu życia i niezastawiające się nad żadnymi zjawiskami występującymi w trakcie ich nic nie wartej egzystencji. Pasożyty wydalające swoje wstrętne, jebiące brzydactwem i szpetotą gówna za pomocą prymitywnych cewek Malpighiego. Pierdolone, nieusunięte przez nosicielki płody. Nie wiem czy jestem złym człowiekiem, ale gdybym mógł zniszczyć kogoś, kto chciał zniszczyć mnie... zrobiłbym to bez skrupułów. Nie chodzi mi tylko o śmierć (no cóż jest to chyba najlepsze wyjście z sytuacji), ale o eksterminację ich "umysłów". Co ja robię na tym świecie? Wydaje mi się, że nigdy nie doznam czegoś takiego, jak szczęście, takie beztroskie. Górno to fakt! Skrupulatnie obserwując swoje otoczenie, doszedłem do wniosku, że ludzie szczęśliwi to w dużej mierze idioci. Jedynie nieszczęśliwe jednostki, pesymistycznie nastawione do rzeczywistości mają pewne pokłady rozumu w głowach. Są to oczywiście realiści. Chociaż od tej reguły także można się spotkać z wyjątkami. Mniejsza z tym. Dzień mojej śmierci będzie szczególnie piękny. Nadal towarzyszy mi dziwne, ale niebywale przyjemne przeświadczenie, że umrę młodo. Być może pamiętny klub 27? Niezwykły zaszczyt, znaleźć się w zacnym gronie artystów takich, jak moja kochana idolka Amy. Wiele bym dał by móc z nią porozmawiać. Musiała być nieszczęśliwą istotą, piękną jak phalaenopsis zapuszczający się u mnie w dużym pokoju. Moje odejście będzie spektakularne, pełne klasy i powabu, a także egzaltacji. Wtedy wszystkim wyznam, jak bardzo ich nienawidzę, jakimi są zbędnymi elementami prostej układanki, którą jest byt człowieczy. Nie czuję wstydu. Mam prawo do takich trafnych moim zdaniem uwag. Ludzie są najgorszą rzeczą stworzoną na drodze ewolucji, bo żadnych śmiesznych Jezusków i Allaszków nie ma. Załóżmy jednak, że oni istnieją, gdzieś w odosobnionym świecie. Muszą mieć niezłą jebe z poczynań swoich prawda ulepionych z gliny i innego ścierwa zwierząt. Tak! Człowiek nie jest człowiekiem, człowiek to zwierze. Głupie, nauczyło się ubierać ładne bądź brzydkie jak chuj ubranka, pić piwo i zarabiać pieniądze. Globalna zagłada będzie piękną chwilą. Wizja tego wzruszającego momentu, kiedy odłamki komet lub tsunami niszczą wszystko i wszystkich. Moje dzisiejsze uczucie zrodziło się na (i teraz uwaga) koncercie Moniki Brodki. Tak! Zacznijmy od przyjemniejszych tematów, od muzyki, niech tak będzie. Nie przepadam za tą artystką, jak dla mnie to pozerka. Nagle z dziewczyny śpiewającej piosenki idealne na grilla powstała księżniczka polskiej muzyki alternatywnej. Dziwne, ale przyznam, że podobają mi się niektóre z jej utworów. Wolę jednak wracać do przeszłości i nieśmiertelnego głęboko w środku gdzieeeeś i choćby śladu łeeeeeez. W moim wykonani amatorskim brzmi to jeszcze lepiej niż mogą sobie państwo wyobrazić. Taka mała dygresja - polecam czytać mojego bloga pod wpływem alkoholu, naprawdę. No więc Monia osłonięta światłem reflektorów uświetniła niezłym wokalem imprezę dla lumpenproletariatu. Widziałem znajome osoby. Tych, których widok nie kaleczy mych mitycznych oczu, a także wrogów. Ciekawi mnie, jak to się dzieje, że spotykam takich przeciętnych skurwieli. Są w stanie wywąchać smród z mojej dupy ze znacznej odległości. Po dzisiejszym wieczorze, jestem także pełen wątpliwości co do pewnych osób, niby bliskich. Alienacja podstawą mojego dzisiejszego pobytu w hotelu JA SAM PRZED ROZPADAJĄCYM SIĘ LAPTOPEM.

Pragę podziękować tym, którzy dali mi możliwość zamieszczania na tej stronce wszystkich tych myśli. To dla mnie bardzo ważne. Przez chwilę poczułem się kimś wartościowym.



Każdy z nas ma w sobie część gnijącej gdzieś w glebie Amy.

środa, 8 maja 2013

#swag #yolo



Majówka przeleciała z prędkością światła. Może to i lepiej. Dni wolne odchodzą w niepamięć, jednak jestem coraz bliżej końca katorżniczej pracy w jebanej szkole. Nie mam czasu pisać. Mój umysł przechodzi swego rodzaju odnowę, napawa się wyimaginowanymi przyjemnościami, których prawdopodobnie nie doświadczę i to mnie blokuje, to mnie kurwa blokuje. Poza tym twarz polonistki działa na mnie ostatnio wyjątkowo niekorzystnie.  Być może chodzi tutaj o jej tendencje do wpierdalania się w nie swoje sprawy, co większość wiąże z jej wątpliwymi żydowskimi korzeniami tudzież jakimikolwiek powiązaniami (ja tam w ten stereotyp Żyda nie wierzę), a może najzwyczajniej w świecie o brzydotę jaką reprezentują jej obszary mimiczne. Sądzę, że jedno i drugie. Cóż, może są ludzie, dla których jest atrakcyjna? Gdzie szukać tych legendarnych jednostek, dla których najważniejsze jest wnętrze? Życie w kulturze obrazków i rhinoplastyki jest dla mnie uciążliwe. Tutaj prawa uwidacznia się niewielka cząstka mojej hipokryzji. Sam planuję poddać się zabiegowi korekty nosa. Kiedyś wystarczy mi odwagi i pieniędzy. Czuję wpływ konieczności bycia najpiękniejszym. Półka w kiblu wygina się pod ciężarem peelingów, toników, kremów nawilżających i innych specjalistycznych środków do pozbywania się obsyfienia twarzy... obsyfienie nie podkreśliło mi się na czerwono, więc istnieje takie słowo WOW! W sumie to czuję się najpiękniejszy, ale wewnętrznie. Zdaję sobie sprawę ze swojej inteligencji i bardzo rzadkiej we współczesnych czasach umiejętności filtrowania rzeczywistości w taki sposób, aby odbierane informacje wykorzystywać w przyszłości. Mózg został niestety wyeliminowany z większości dziedzin egzystencji i zastąpiony przez modę. Nie chcę tak funkcjonować, ale tak właśnie się dzieje. Ciężko walczyć z wszechobecnymi normami hipsterstwa, jeśli chociaż w ułamku są one adekwatne do gustu odbiorcy. Nadeszły czasy, w których nie ma oryginalności, wszystko bowiem miało już miejsce. Ciężko wykreować coś nowego. Wydaje mi się, że na naszej zacnej planecie eksploatowanej przez Ruskich jest kilka osób, które w podobny mnie sposób prowadzą internetowe pamiętniki, pełne ordynarnego języka, błędów ortograficzno-interpunkcyjno-merytorycznych, a także ech filozoficznych. Przejdźmy do istotniejszych rzeczy, takich jak mój ambitny plan sięgnięcia po papierosa. Od mojego przykrego nałogu będę stawał się coraz bardziej odrażający. Zestarzeję się samotnie i paskudnie.



Z mego bólu egzystencjalnego zrodził się tumblr http://carbomba.tumblr.com/

sobota, 27 kwietnia 2013

Filozoficznie, kurwa...

Ughhh... Jak ten czas szybko leci. To zastanawiające, fascynujące i jednocześnie przerażające. Już wkrótce moje pryszcze zostaną zastąpione przez zmarszczki. Palenie też da się we znaki. Sens życia ucieka w nieznane. Ostatnio mam dziwne przeczucie, że umrę młodo. Czuję, że jestem bliżej końca niż początku. Nie wiem, czy w skutek alienacji w moim umyśle zaczęła się rozwijać jakaś nieznana nauce choroba psychiczna, czy może mój nudny tryb życia stworzył kolejną, wyimaginowaną teorię, która będzie mi pomocna w przetrwaniu. Śmierć nie jest mi aż tak straszna, jak dawniej. Nie wierzę w niebo, reinkarnację i inne tego typu sposoby ucieczki od przykrej rzeczywistości. Jestem zwolennikiem kremacji. Kiedy już stracę kontakt ze światem nie będzie nic. Najzwyczajniej będę tylko martwym człowiekiem, nie jest to dla mnie nic nadzwyczajnego. Bardzo chciałbym umrzeć, a potem powstać z martwych i porozmyślać nad tym doświadczeniem. Niestety jest to niemożliwe, a szkoda. Zastanawiam się, jaki jest cel gromadzenia rzeczy materialnych i niematerialnych w ciągu krótkiego, człowieczego bytu. Życie ludzkie trwa krótko, za krótko. Chciałbym być nieśmiertelnym obserwatorem, zawieszonym gdzieś w przestrzeni, niczym eteryczna mgiełka. W tej postaci mógłbym podglądać ludzkość i jej poczynania. Domyślam się, że nie będzie to nic ciekawego. Planeta ulegnie zniszczeniu, surowce się wyczerpią, ludzie dokonają selekcji między sobą, aż wreszcie Słońce osiągnie znaczne rozmiary. W ten czas na ziemi zostanie tylko syf, ludzkość pójdzie w pizdu. Chyba, że ambitne plany zasiedlenia Marsa, o których wiem z programów dokumentalnych zostaną urzeczywistnione. Powiem szczerze, że jestem na nie. Człowiek to głupia istota. Ludzie nie są dobrzy, nie są piękni, są tylko przypadkowym tworem ewolucyjnym. Moja głupia koleżanka z klasy jest tego idealnym przykładem. Smród, który wydobywa się z jej jamy ustnej jest nie do zniesienia. Kto wie, może to ona przyniesie globalną zagładę? Sądząc po jej głupawym spojrzeniu, może być zdolna do wszystkiego.

Na szczęście człowiek stworzył także wiele dobrych rzeczy takich jak ten mój blog, który jest opoką dla istot myślących inaczej. Jestem dumny, że mogę dzielić się słowem i myślą z mnie podobnymi osobami. Wbrew temu co piszę, czuję, że kiedyś coś osiągnę, być może pośmiertnie. Jebie mnie to.


\Soundtrack,do tego filmu, którego nazwy nie pamiętam zapowiada się miło. Poza panną Beyonce profanującą spuściznę wiecznie żywej Amy Winehouse. Odczułem niesmak, gorycz i skrystalizowaną srakę w trzewiach.

sobota, 20 kwietnia 2013

Formy humanoidalne

Soboty otoczone mgłą wyalienowania są doskonałą terapią na wewnętrzne stany nieznajomości swoich wewnętrznych stanów. Czuję się dzisiaj niczym niezwykle piękna masa kałowa, tak bardzo bezpostaciowa, obsypana złotymi wiórkami siły twórczej... Kolejny odrealniony post na blogu, a mogłem pójść na melanż. Mam wrażenie, że to nie jest wystarczająco kreatywna forma spędzania czasu dla mnie. Obawiam się, że moje zamiłowania do bycia lepszym od przeciętnego człowieka powraca. Wyglądem już nic nie zdziałam. Bycie ponad osobami brzydkimi jest niewystarczalne, odczuwam silną potrzebę poszerzania tego, co w ciągu kilkunastu lat znalazło się pod moją czaszką. Z pewnością jest tam więcej niż może się wydawać, ale ja chcę dalej przyswajać nowe informacje. To zaczęło się już w przedszkolu. Pani, która mdlała na zajęciach, bo była w ciąży kazała przynieść zebranym swoje ulubione książki. Wszystkie te płody, których nosicielki nie dokonały aborcji, które teraz są radykalnymi przedstawicielami lumpenproletariatu zabrały ze sobą lektury o mówiąco-latająco-srających samochodach i nie była to kultowa fantastyka naukowa. Ja przyniosłem coś o dinozaurach. Jest do dalej w czeluściach mojej rozpadającej się szafy na telewizor, który wygląda jak dziesięć plazm ułożonych jedna za drugą. Kiedyś bowiem trzymałem na niej rośliny doniczkowe, które nie miały podstawek. Jako szczęśliwy, małoletni botanik podlewałem je niezwykle obficie, aby dawały dorodne plony, nie zwracając uwagi na butwiejącą sklejkę porośniętą grzybem i różnego typu formami przetrwalnikowymi. Ten historyczny obiekt przypominający mi moje chujowe i nudne dzieciństwo znajduje się tuż obok mnie. Ślady spływającej po drzwiczkach wody zachowały się w stanie idealnym, bez jakiejkolwiek konserwacji. Członkowie mojej grupy mlecznych ząbków przyglądali się jedynie fotografiom i wykłócali się, kto jest największym dinozaurem. Pamiętam jakby to było dzisiaj, ich idiotyczne spojrzenia i to, jak bardzo zasmuciły mnie stany ich umysłów. Oglądali tylko obrazki, a ja czytałem zamieszczone poniżej treści. Kilka dni temu postanowiłem zafundować sobie wieczorek poświęcony nauce i kulturze. Oglądałem dokumenty o życiu pozaziemskim i czytałem poezję Tadeusza Micińskiego. Tak, mnie też to zaskoczyło. Dzisiaj natomiast czytałem trochę o istocie świadomego snu. Chciałbym się tego nauczyć i podróżować po swoim umyśle, bo czuję, że jest tam tak wiele do odkrycia i zbadania... Sądzę, że mam jednak jakąś chorobę psychiczną, która z mojej fantazji stworzyła mały ekosystem, nad którym nie mogę zapanować i przez to wypisuję takie chujstwa. Gdyby Freud żył... na pewno by mnie uleczył. Byłbym normalnym dzieckiem, chodzącym do szkoły z przeciętnymi ocenami, nie zdającym sobie sprawę z wielkości wszechświata i silnego prawdopodobieństwa istnienia w nim humanoidalnych form życia. Strach pomyśleć co się ze mną stanie po zażyciu LSD. Jestem nienormalnym dzieckiem, oceny mam jednak wciąż przeciętne i tak pozostanie przez bardzo długo. A Studia? Me alabastrowe stopy opuszczą wówczas dotychczasowe miejsce bytu, bagno, torfowisko dla kalekich duchowo. Większe miasto to większe możliwości do rozwoju i większe centra handlowe. W przypadku mojej koleżanki są to także większe piersi, silikonowe rzecz jasna.  Po zakończeniu wszystkich procesów edukacyjnych nie widzę sensu życia. Znajdę pracę, będę zarabiać i stanę się szarym człowiekiem, zmuszonym do pozbycia się licznego obkolczykowania i innych niezbędnych dodatków do podstawowej formy biologicznej człowieka. Jeżeli w najbliższym czasie nie wpierdoli we mnie tir tudzież inny masywny pojazd, będę zmuszony zbierać na lifting. Bo jeżeli okaże się, że mój geniusz jest tylko urojeniem (a tak na 70% jest) lub też przeminie, to pozostanie mi najpiękniejsza twarz. Nikt nie jest w stanie pokochać mnie tak bardzo jak ja kocham siebie.

OK, kawa już zrobiła się zimna.

Nie rozumiem nic z tego co powstało powyżej.



niedziela, 14 kwietnia 2013

Wyjście do sklepu po fajki

Nie wiem ile czasu wielcy artyści potrzebują na znalezienie inspiracji. Mnie wystarczyło wyjść do sklepu po fajki. Piękna pogoda. Słonko świeci, ptaszki śpiewają i wszelkiej maści kurwa obleńce prymitywne powychodziły ze swoich mieszkanek z ogrzewaniem centralnym i kurwa są widoczni dla mnie. Tylko nędzne pięć minut tu i tam, kupić sobie zapas nikotyny na najbliższe ciężkie dni wysiłku psychicznego. Zacznijmy od dzieci. Wstrętna latorośl jeżdżąca na hulajnogach i innych prymitywnych jednośladowcach. Robią hałas, nie można usłyszeć własnych myśli, nawet tych skrajnie obscenicznych. Drugim niezwykle istotnym zjawiskiem jest wszelkiej maści robactwo, widoczne wszem i wobec. Zacne grono moich czytelników już wie, że tym mianem określam jednostki nic sobą nie reprezentujące, o wulgarnym wyrazie twarzy, przemieszczające się z osiedla na osiedle w celu nieznanym. Prawdopodobnie spotykają się w konkretnych miejscach stadnie i spożywają alkohol. Oczywiście nie objąłem tym stwierdzeniem konkretnej grupy wiekowej. Starszyzna i wkurwiający zapach grilla tuż tuż. To są pierwsze oznaki wiosny w moim kalendarzu. Wszystko to, czego nienawidzę funkcjonuje ze zdwojoną mocą. Zima jest bliższa memu sercu. Jest chłodno, niesmaczne substancje zwisają z nosa, pod warstwą swetrów z H&M i lumpa pocą się pachy. Jest to jednak czas, gdy można napawać się widokiem martwych przestrzeni i ciszą.  Bardzo mi to odpowiada. Z drugiej strony czekałem na koniec okresu lodu, teraz na go wyczekuję.


środa, 10 kwietnia 2013

"ja zaczne oglądać ruskie kurwa PO bede sie uczyc jak bronią sie posługiwac i wszystkich zajebie"

Nic specjalnego tym razem. Dni mijają szybko i chujowo. Nauczyłem się pary trudnych słów czytając bardzo skrupulatnie streszczenie "Potopu". Z całą pewnością wykorzystam swoje wzbogacone słownictwo na moim skromnym blogu. Jedynym istotnym i niezwykle interesującym zjawiskiem w tym krótkim okresie poweekendowych wkurwień, jest rozpadający się związek mojej młodszej koleżanki. Młody wiek nie ujmuje jej inteligencji, dziewictwa jednak już tak. Mniejsza z tym. Wracając do tematu to przekonuję się coraz bardziej, jak bardzo zbutwiałą i niebezpieczną osobą jest w środku, pomimo urody, dzięki której trzepie niezły hajs w modelingu. Po burzliwym rozstaniu z partnerem (pomijając piętnastominutowe powroty do siebie i wszelkie inne wyznania miłości, a także przerwy na seks) postanowiła się zemścić. Jej plan to prawdziwy majstersztyk. Uchylę jedynie rąbka tajemnicy, gdyż jest to sprawa najwyższej wagi, niezwykle tajna.To istna mistrzyni mistyfikacji, bezapelacyjnie. Jestem zdumiony, że mogę podziwiać jak dorasta prawdziwa kobieta XXI wieku, gotowa kupić strzelbę z promocji aby niszczyć wrogo jej nastawione jednostki i jej byłych.

P.S. W tytule została zachowana oryginalna pisownia ze zbioru moich prywatnych konwersacji z główną bohaterką dzisiejszego wpisu. Bawcie się dobrze

sobota, 6 kwietnia 2013

Tak zrodził się Bóg

Wyjątkowo inna niż wszystkie soboty. Może dlatego, że zjadłem mój ulubiony przysmak, a mianowicie prażoną cebulkę ze spożywczaka. Kiedyś, jakieś dwa lata temu kupowałem na wagę, teraz w plastikowych pudełkach, tudzież w paczuszkach takich śmiesznych... Specyficzna woń wyczuwalna dla potencjalnego rozmówcy z odległości jaka istnieje podczas potencjalnej konwersacji na stojąco przy papierosku, może dwóch. Natomiast pyszny schabowy z urodzin Czesława czeka na mnie w lodówce. Babcia wie, jakie lubię najbardziej. Zawsze chciałem być wegetarianinem, od dziecka. Najzwyczajniej w świecie kochałem i nadal kocham zwierzątka. Mam imponującą kolekcję gumowych robaków w skrzyni z tworzywa sztucznego obok mnie. Jest to bardzo wiekowy przedmiot. Pamiętam jakby to było wczoraj, dzień, w którym wszedłem na nią, źle oszacowałem delikatność mojej niezwykle posągowej figury bodajże siedmiolatka i BUM, rozjebała się, ale nadal stabilnie mieści w sobie wspaniały wehikuł czasu. Dinozaury, ssaki, ptactwo skrzydlate, zwierzęta pełzające, niezwykle biblijne, wszystko! Nawet zmutowane, różowe triceratopsy. Wracając do tematyki bardziej gastronomicznej, to nigdy nie udało mi się zaprzestać spożywania pokarmów pochodzenia zwierzęcego. Nie mam tu na myśli tego, że uwielbiam wpierdalać różne mięsiwa i kiełbaski. Babcia robi takie, a nie inne żarcie i się z nią nie dyskutuje. Przyszłość i utrzymywanie się z własnych pieniążków przyniesie nową dietę, a także masę kredytów i niedopłaty za gaz. Kocham długie kąpiele, stąd pewnie niedopłaty. Niezły ze mnie hipokryta. Niby ekologicznie, a jednak płyn z drogerii pachnący jogurtem przezwycięża chęć do wyrzeczeń ku zdrowiu naszej Matki Ziemi. Hipokryzji nie da się wyzbyć. To jest cecha przypisana nam podczas narodzin. Wsadzana do odbytu poprzez symboliczny klaps w dupala. Pan doktor czyni te honory. Mam nadzieję, że kiedyś poznam człowieka, który w pocie czoła wyciągał mnie i jako pierwszy doznał zaszczytu podziwiania mnie nago. Podobno nie chciałem wyjść. Już wtedy przejawiałem oznaki monstrualnej inteligencji. Widziałem zło tego świata poprzez pępowinę.

piątek, 5 kwietnia 2013

Syf na ryju

Weekendowe plany pod postacią nieróbstwa już zacząłem realizować. Nie potrafię chwycić swojego życia i wpierdolić go w jakieś odpowiadające mojemu światopoglądowi ramy. Ciągle tylko śpię, a w między czasie żrę i sram. Nie jest to kwintesencja tego co chcę robić w ciągu mojego trwania. Mam sporo czasu, ale czuje, że to świetny moment aby zacząć realizować postanowienia, które zacząłem nieprzerwanie wymyślać odkąd skończyłem trzy lata. Między innymi chodzi tutaj o zdrowy tryb życia. Kiedyś tak chciałem, nie wyszło, nie wychodzi po dziś dzień, ale jestem na dobrej drodze ku lepszemu. Dzisiejsza noc będzie dla mnie ważnym egzaminem, bowiem nie mam żadnych papierosów, a po szkole uciąłem sobie pięciogodzinną drzemkę, także nie zasnę prędko. Po tej "krótkiej" chwili w moim łożu zbudziłem się z uczuciem obecności różnego rodzaju syfów i brudów na moim ryju. Nie mogłem poruszać mięśniami mimicznymi. Najgorsze jest to, że po każdej tego typu niekontrolowanej wyprawie do krainy snów budzę się z okropnym uczuciem na twarzy. Wyciąganie śpiochów z gałek, najważniejszy rytuał poranny dzieciństwa.

Mam nowe żele Original Source. Pachną przekurewsko pięknie. Zaraz idę zmyć cierpienie z mego obolałego bożego ciała i zaaplikować na skórę ten cudowny produkt. To jedyny czynnik, który wpłynął pozytywnie na mój dzisiejszy stan. Całą resztę czynników chyba przespałem. W szkole byłem niedysponowany, było zbyt wcześnie i nie byłem wystarczająco aktywny aby odbierać bodźce z zewnątrz, więc nie jest źle.Zakładam, że starczy dnia na wkurwienie.



środa, 3 kwietnia 2013

Smak gówna

Silnie zdegustowany powtórką materiału z matematyki z całego roku zasiadłem przed komputerem. Właściwie to liczyłem, że siła woli pozwoli mi pouczyć się nieco więcej niż ta marna, niecała godzina z przeglądaniem podręcznika i zastanawianiem się po chuj komu wiedzieć ile cukiernik potrzebuje pączków, aby ułożyć piramidę taką, jak na zamieszczonym zdjęciu? Cóż, niewiele mogę się spodziewać po sobie, nieletnim chuju, który od roku usiłuje rzucić nałóg tytoniowy i przestać pisać do pewnych osób, gdyż działa to destrukcyjnie na obie strony, ale najbardziej na mnie. Niektórzy nie powinni złościć z powodu drobnych mankamentów w moim charakterze. To szkodzi urodzie, a moi znajomi nie mają jej zbyt wiele. Jestem zmęczony życiem i zapierdalaniem z jednego Rossmana do drugiego. Mój umysł przypomina mi swoim stanem bezpłciową ścierę do pozbywania się zanieczyszczeń z dup i innych otworów człowieczeństwa. Nie potrafię z nikim złapać kontaktu, komunikatywność spada z godziny na godzinę. Nie wiem czy dobrze wstawiam przecinek w zdaniu wielokrotnie złożonym. Poza tym byłem dzisiaj w barze, piłem soczek, taki o konsystencji wyglądającej na to, że to zdrowy płyn. Dziwne doświadczenie. Do tego czipsy o bliżej niezidentyfikowanym smaku, bo cały fun wymyślony przez producenta polega na tym, że do konsumenta należy określenie jakich produktów chemicznych na podobieństwo czegoś smacznego (na przykład żeberek lub sałatki greckiej) użyto do produkcji tych ziemniaczanych przetworów za prawie ciężko zarobione pięć złotych! Standardowo, każdy kęs i łyk oddzielony od siebie warstwą dymu marki Red&White. Jeśli mój powrót do smutnego życia drugoklasisty, niosącego ciężkie brzemię na swych barkach ma wyglądać tak, to boję się wyobrażenia jakiejkolwiek odleglejszej przyszłości. Przerwy w zapierdalaniu do tego Alcatraz vol2 źle się na mnie odbijają.



Łapcie dziwki.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Krwawiąca pizda

Święta i po świętach i bardzo dobrze. Wreszcie ludzie spojrzą prosto w oczy smutnej rzeczywistości, wrócą do pracy, do szkoły, zaczną się codziennie wkurwiać i przeklinać nasz podupadły kraj. Ostatnie dni wolności zapowiadały się bardzo przyjemnie. Nic szczególnego nie planowałem, zebrałem trochę hajsu, generalnie to egzystencja innych form życia nie przeszkadzała mi tak bardzo, jak zwykle. Pewnego pięknego popołudnia, nie pamiętam już kurwa którego, siedzę sobie na portalu społecznościowym Facebook i nagle coś mi kurde wyskakuje. No tak, dokładnie wiedziałem o co chodzi. Kilkakrotnie już przez to przechodziłem. Były trzy dni, były dwa tygodnie, może coś jeszcze między tym, przyszedł czas na miesiąc. Chodzi oczywiście o blokadę na publikowanie treści. Nie mogę nawet polajkować kretyńskiego zdjęcia mojej koleżanki kretynki. A wszystko przez zdjęcia nagich kobiet układających się na kształt czaszki. Nie było widać warg sromowych, a cycki były nieduże, ledwo widoczne, w dodatku ostrość także robiła swoje. Dodam iż było to zdjęcie niezwykle artystyczne. Zastanawia mnie to, dlaczego Ewa popierdalała sobie po raju bez ubrań, szlachetnym pląsem i panu Bogu to nie przeszkadzało, nikt nie miał do niej żadnych pretensji. Wyjebał ją dopiero po tym, jak zjadła ten niesklasyfikowany, tajemniczy owoc rozpusty. Przecież Ewcia nie miała na sobie bielizny kurwa Victoria's Secret po uformowaniu jej z żebra Adama. Nie mam pojęcia z jakiej racji, już kolejny raz z rzędu zostaję w ten sposób ukarany. Nie wiem, czy jakiś chuj z moich znajomych mnie prześladuje i wszystkie gołe cycki co mam cudownie wystawione zgłasza, czy może to działa w inny sposób. Kiedyś czytałem, że rolę tych śmiesznych sprawdzających treści na owym portalu pełnią ludzie z krajów słabo rozwiniętych rozwiniętych. Jest to praca słabo płatna, ale nie wymaga ona sprawności intelektualnej, jak się każdy może domyślić. Jeśli to prawda, to różnice kulturowe robią swoje. Cycki to przecież normalna rzecz, cieszą oko normalnego hetero faceta i lesbijki, każdy je widział u swojej mamy, chociaż nie każdy te momenty pamięta. Bardzo przepraszam za tak liczne nagromadzenie wulgaryzmów. Są takie chwile, gdy nie wypada zastępować ich eufemizmami i to jest właśnie ta chwila. Życzę wszystkim, aby mieli tych chwil jak najwięcej. To daje niezwykłe ukojenie i wewnętrzny spokój.

W celach rekreacyjnych dzisiaj wczesnym rankiem planuję udać się na miasto na małe zakupy. Wypiję jakąś kawkę tudzież piwko. Papierosy, to rzecz obligatoryjna. Zerwania z nałogiem przekładam na bardziej szczęśliwy okres w moim życiu. Na chwilę obecną szczęśliwy okres kojarzy mi się z krwawiącą cipą, ale brakiem ciąży. Jestem ciekaw czy w moim ulubionym lumpie czekają na mnie jakieś ubranka, otoczone aurą smrodu poprzednich właścicieli. Mój szlafrok jest kurewnie ciepły. Pędzę go z siebie zrzucić i udac się w objęcia Morfeusza. Właśnie uzmysłowiłem sobie ile przykrości i przeoczonych wyprzedaży czeka mnie w życiu...

sobota, 30 marca 2013

Świenconka

Ostatnio publikowałem jakiś czas temu, jakby nie było nie aż tak dawno. Kiedyś pisało się codziennie o rzeczach stworzonych na podobieństwo gówna, a teraz z wyraźnym odstępem, ale o zbliżonej formie, z tą różnicą, że bardziej atrakcyjną. Jestem niezwykle dumny z faktu, iż mój blog porusza tematykę inną od tej, która obecnie jest ekspandowana w wirtualnej przestrzeni. Z tego powodu pragnę pozdrowić grono moich szanownych czytelników, zapewne węższe niż terytoria intymne posłanki Pawłowicz. Dzisiaj odczułem potrzebę podzielenia się z odbiorcą bliżej nieznanym (być może nieistniejącym) tworem mojego coraz bardziej pełnoletniego umysłu.

Jak zwykle dzień był chujowy. Wstałem o dwunastej z czymś, na śniadanie zjadłem obiad. Na obiad były frytki w kolorze jesiennej sraki piżmowego wołu. Najgorsze jest to, że budzę się rano i pierwszą myślą są papierosy. Pół biedy gdy jeden został z wczoraj. Ukradkiem udaję się na klatkę schodową i palę z nadzieją, że sąsiadki nie będą interweniować. Moje plany związane z rzuceniem przykrego nałogu to dramat, ale wierzę w swoją silną wolę. Ambitne były również zamiary związane z nauką w czasie wolnym, wyszło jak wyszło. Przeczytałem coś tam o alkanach i cykloalkanach i więcej nic, ale jest progres. Dwa razy z rzędu najlepszy wynik procentowy ze sprawdzianu na tle klasy to dobra rzecz, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze, wstydliwe dokonania. Nie jestem aż taki beznadziejny, jak mi się wydawało.

Święta dają mi się we znaki, bardzo negatywnie rzecz jasna. Z upływem czasu nagromadzenie negatywnych emocji w stosunku do wiary, którą wpajano mi od dziecka rośnie. Pewnych granic nie przekroczyłem, niestety. W mojej rodzinie ateista dalej jest na tej samej półce co osoba, jakby to ująć, niedokształcona, głupia. Tak zostałem określony, otwarcie przyznając się do nie pójścia do spowiedzi. Od zawsze mi to śmierdziało, po co mam mówić kolesiowi w sukience że robię coś, czego nie wolno robić? Dlatego zawsze zmyślałem. Miałem przygotowane te same grzechy, między innymi kłamanie, niesłuchanie babci, czasem dochodziło przeklinanie, jako taka ekscentryczna wisienka na torcie.W ten sposób działałem jako ośmiolatek, który pierwszy raz wpierdolił hostię. Zawsze sprytnie unikałem tego typu praktyk. Owszem, bywały momenty kryzysu, ale pracowałem nad tym. Sądzę, że dokonałem słusznego wyboru i najlepszego dla mnie. Przeżycie tylu lat wiecznie udając, nie jest powodem do dumy. Pamiętam dzień, w którym zobaczyłem Madonnę śpiewającą na wielkim krzyżu. Stwierdziłem wtedy, że to fajne, nie rozumiałem na czym to polega, ale chciałem tak samo. Zaczęło się od zdjęć z różańcem we włosach i krzyżem w buzi. Skończyło się chyba lepiej... Zacząłem czytać, dostrzegać kto jest kto. To miało też wpływ na wiele innych prawideł mojego życia, między innymi sposób patrzenia na ludzkość, jak na insekty.

Wkurwia mnie zaściankowa rzeczywistość, w której przyszło mi egzystować. Nie mam możliwości do ekspresji w różnych dziedzinach życia. Talentu jakiegoś wybitnego też nie mam, aby ta ekspresja miała jakąś postać ciekawą, ale nie waham się twierdząc, że przez te prawie osiemnaście lat, przemijam chujowo, nie tak jak bym chciał i nie tak, jak by chcieli inni.



Słoniki bardzo zainspirowały mnie do stworzenia czegoś, co zostanie ze mną na zawsze.

czwartek, 7 marca 2013

Nagie biusty starszych kobiet

Mam chwilę, więc coś napiszę. Coś niezbyt inteligentnego i porywającego, ale da się poczytać.

Piąteczka z chemii. Pochodne węglowodorów, czy jakoś tak. Jestem z siebie i z babki dającej mi korki bardzo dumny. Nie sądziłem, że pójdzie mi to z taką łatwością z jaką mi poszło, bez jakichkolwiek  wspomagaczy napisanych mikrodrukiem na malutkich karteczkach. Cóż, na tle klasy wypadłem najlepiej, rozpaliło to we mnie nadzieję na pozytywny wynik z rozszerzonej maturki z chemii, którą miałem zamiar pisać jako niedojebana lekko tleniona blondynka w pierwszej klasie liceum. Czuję się z tym wprost rewelacyjnie, że potrafię coś czego inni nie potrafią, za przepierdolone pięćdziesiąt złotych mojej kochanej mamy! Pomimo tej nagłej zmiany nie podchodzę entuzjastycznie do swojej przyszłości, która jest już ukierunkowana na jakieś tam studia związane medyczne i inne takie przepierdolone sprawy. Kieruneczki o pięknie brzmiących i bliżej nierozumianych mi nazwach nie przemawiają do mnie. Nie widzę siebie gdzieś w aptece, albo tym bardziej z nitką w ręce, zszywającego tak ślicznie włożony balonik z solą fizjologiczną w cycku starszej pani. Potrzebna mi taka praca, dzięki której moja kreatywność odnajdzie odpowiednio ukształtowane ujścia. Nie czuję się uczniem, który spełnia swoje marzenia, w przyszłości zostanie lekarzem i będzie ratował ludzkie życie lub też sprzedawał gumy za szybą z dziurką (oczywiście jeżeli pozwala na to klauzula sumienia). Ostatnio nachodzą mnie myśli, bardzo dziwne myśli. Myślałem, co by było gdybym poszedł po gimnazjum do zawodówki i uczył się fryzjerstwa? Myśli te szybko zostały stłumione przez potrzeby pierwotne, takie jak zapalenie papierosa czy masturbacja, tak jestem singlem. Nie potrafię sobie wyobrazić siebie, z kolczykami, tatuażami  i stetoskopem, gdy wypisuję jakieś papierki dla chorych dzieci roznoszących zakazane zarazki wzdłuż i wszerz. Widziałbym siebie jako osobę budzącą szacunek pomimo pewnych odchyleń, dosyć specyficznych. Bardzo sobie tego życzę, ale to tak w wieku 40 lat o ile dożyję i o ile nie skorzystam z dobrodziejstw eutanazji. Chociaż im szybciej tym lepiej. Chciałbym napisać książkę, może nawet kilka. Wymyśliłem już serie jebiących mózg historii, z pewnością kontrowersyjnych. Odbiłby się szerokim echem i zysk też zapewne byłby spory. Na pewno zaadoptuję jakieś biedne zwierzątka ze schroniska. Najlepiej koty... mogą też być rasowe, nie gardzę sfinksami i kotem niebieskim rosyjskim. 


Dotarłem teraz do bardzo niebezpiecznego tematu tematu, którym jest adopcja dzieci przez osoby homoseksualne. Nie jest to akt hipokryzji z mojej strony, ale uważam, że NIE! Bo pomyślmy przez chwilę i zadajmy sobie pytanie po chuj? Homo byli i będą i wcześniej nikt nie nagłaśniał tematów o adopcji i nagle jest wielkie bum. Zupełnie niepotrzebnie. Nikt żadnych dzieci nie chce, nikt ze swoim partnerem tej samej płci nie wpierdala się po bachora, żeby go wygodnie prawda usadowić w różowym łóżeczku, gdzieś koło zdjęcia ślubnego z Holandii. Jestem wkurwiony przez wypowiedź niezbyt inteligentnego pana Michała, który robi sobie fejm w telewizji śniadaniowej za ciężkie pieniądze ludzi płacących abonament!!!! Chce dzieci to sobie je zrobi ze swoim parterem. Nie mam znajomych ze środowiska LBGT, którzy chcą mieć dzieci. Być może chodzi tu o różnicę pokoleń. W wielu przypadkach główną rolę odgrywa tylko o sex lub jakby to powiedziała pani Krystyna Pawłowicz "jałowe relacje z partnerem". Izoluję się od takich osób i nie mam z nimi kontaktu z czego bardzo się cieszę. Wracając do tematu, moim zdaniem w adopcjach chodzi przede wszystkim o dobro dzieci, a nie o to, że geje i lesbijki mają prawo do adopcji i tych adopcji wręcz żądają, bo to gówno prawda. Jakiś ciula robi nam wizytówkę przed kamerami i potem tak sprawa się prezentuje. Poza tym nienawidzę dzieci.

Nie lubię w swoich psychicznych wpisach poruszać tematyki politycznej, ale w tym razem musiałem o zrobić, bo głupota ludzka działa mi na nerwy.

Coś na ostudzenie emocji.



Codziennie pragnę więcej takiej prawdziwej muzyki.


I nie mam zielonego pojęcia dlaczego coś się zjebało i na górze są takie małe literki.

piątek, 8 lutego 2013

Adolf Hitler, Krystyna Pawłowicz i Jenifer Lopez - czy coś ich łączy?

Ostatnio jestem taki bezpłciowy, taki niby elastyczny, ale chujowy w dotyku, jak masa solna. Byłem na osiemnastych urodzinach kochanej Anny. Moja mamusia wypuściła mnie na całą noc w tereny niezwykle odległe (bo jadą tam tylko dwa autobusy z centrum) bez większych oporów i obaw, co mnie zdziwiło. Oczywiście byłem z tego faktu niezwykle zadowolony i mam nadzieję, że będziemy z moją rodzicielką zawierać więcej takich intratnych kompromisów. Najebany nie wróciłem. Trochę wypiłem, trochę. Poważnie trochę. Czułem się dobrze, nawet znakomicie! Doskonale wiem kiedy przestać, to chyba jest moja wada. Sama Anna powiedziała mi, że po libacji wyglądam niezwykle czysto i krystalicznie, byłem wręcz nienaruszony. To ma taki niezwykły klimat, kiedy siedzisz w sali imprezowej przypominającej piwnicę, jakieś stare katakumby i wychodzisz na papieroska, bez odzienia wierzchniego na lekki mrozik i lekki deszczyk. Magia. Wróciłem koło 9:40. Pijany w chuj koleś z brodą, któremu koleżanka wyjebała sałatkę na koszulę i włosy wysiadł kilka przystanków za późno, bo niestety zasnął w busie. Właściwie to wysiadł gdy obudził go kierowca kończący swój kurs. Te melanżowe wspomnienia są fantastyczne. Powinienem wlewać w siebie więcej, może wtedy nie będę pamiętał co się działo, bo ja niestety wiem zawsze o wszystkim. Nie eksperymentuję z alkoholem, wiem jak to się kończy. Chociaż nawet gdybym wypił w niebotyczne ilości etanolu, to nie pójdę do łóżka z laską, never. Nie będę ojcem, to są zalety bycia częścią zacnej społeczności LGBT.

Wracając do ojcostwa to nienawidze dzieci. Takie małe, upiorne, popierdalające ruchem pełzakowatym między nogami robaki. Bardzo cenię sobie panią Marię Czubaszek. Niezwykła kobieta. Stara jak świat, niekoniecznie piękna, ale z pięknymi przekonaniami (chciałem napisać, że ma piękne wnętrze, ale jara tyle szlug, że raczej ta opcja odpada...). Hitler też był malutkim człowieczkiem, z całą pewnością słodkim bobaskiem wysysającym z cycków mamy nienawiść, którą rozprzestrzenił skurwiel wszędzie gdzie się tylko dało. Boli mnie to, że poglądy ludzi tego typu przetrwały po dzień dzisiejszy i zakorzeniają się w umysłach ludzkości. Całą nietolerancyjną spuściznę przeszłości trzeba wyeliminować z współcześnie działających schematów pojmowania rzeczywistości. Kończąc swoje lewackie przemówienie dodam, iż niezwykłym uczuciem pokochałem bluzy z BOY LONDON. Niby proste, prymitywne, a jednak wystarczająco przekonywujące by skłonić tak niezwykle wymagającego konsumenta, jak ja do zakupu jednej z nich. Tak mi się to skojarzyło z Adolfciem, bo logiem owej firmy jest ten śmieszny orzełek z kółeczkiem w pazurkach. WTF do czego to doszło żebym pisał o modzie. Nie pójdę w ślady wszechobecnego pedalstwa i szafiarstwa, które jest "obeznane"w temacie, pozostanę wierny swoim zasadom. O tak, złoto, kocham złoto. Hehehe, generalnie to nie mam hajsu na żadną z pięknych szmatek od BOY LONDON. Chce pozłacane tunele i też nie mam na nie środków. Nie stać mnie nawet na jebane żelki!!! To taka moja egzaltacja.

Ostatnio pomyślałem sobie, że sprowadzę tutaj szersze grono czytelników, gdy zacznę opisywać swoje związki, a przynajmniej mój punkt widzenia, który im towarzyszył. To by było coś. Nie jestem pewien, czy nasz naród kochany polski jest na to gotowy. To może być szok termiczny, a także może zaburzyć działanie wielu ważnych rzeczy, które powinny działać. Chociaż nie mam niczego ciekawego do powiedzenia w tej materii. A może mam... Bądź co bądź będzie to coś na granicy kiepskiego kabaretu, a filmu z udziałem Jenifer Lopez.

Nie piszę aż tak źle. Mam cztery z polskiego. Jak na moją wychowawczynię i pewne standardy to nie jest źle. Swoim wulgarnym i prostackim piórem poruszam tematy ważne i społecznie użyteczne.

Społecznie użyteczny to antonim słowa jałowy, które to słowo jest bardzo często i niezwykle namiętne używane przez panią Krystynę Pawłowicz, która strasznie drze ryja.


Raj na ziemi...

czwartek, 31 stycznia 2013

Jak z rzygać z gracją i powabem



Dnia dzisiejszego doskwierał mi kurewski ból brzucha. Wszystko zaczęło się na języku polskim, ostatnia lekcja w moim wieśniackim liceum. Dziwne skurcze, dziwne jazdy, wiedziałem, że coś jest nie tak. Obiecałem sobie, że moje pośladki nigdy nie dotkną porośniętej grzybem i opanowanej przez robactwo pełzające deski klozetowej w męskim kiblu. Lata braku celności w oddawaniu moczu spowodowało, że powstał tam specyficzny mikroklimat. Ludzkie wydaliny są głównym składnikiem atmosfery tego małego pomieszczenia i skrystalizowanego osadu na kafelkach i fugach. Dzwonek, poza gównem poczułem w ustach smak wybawienia. Papieros wypadł mi z ręki w drodze na przystanek, tak mnie bolało.Myślałem, że rodzę. Przez chwile nawet moja czwórka z biologii poszła się jebać i uwierzyłem w to, że wydaję na świat potomstwo!!! W umyśle miałem widok mnie, moich rozłożonych nóg, małego bachora wychodzącego mi z penisa (WTF?!) i kierowcy autobusu numer dwadzieścia dwa odbierającego ten poród. Naoglądałem się zbyt dużo Ciąży Z Zaskoczenia na TLC. W drodze na przystanek wszystko mi się dźwigało. Gdy byłem już w drodze nadeszła krótka chwila ukojenia, do czasu aż wysiadłem na swojej dzielnicy... Kilka kroków i pierwszy bełt. Ludzie patrzeli się na mnie jak na popierdolonego, a ja zrobiłem swoje i szedłem dalej. Nie potrafiłem tego powstrzymać!!! Chwilę potem nastąpił kolejny wyrzut substancji, których mój kochany żołądeczek nie toleruje. Osiedlowa społeczność wybierająca się w tym czasie do Biedronki miała nie lada widowisko. Centralnie przed domem miałem taki krótki, malutki bełcik. Zwisające masy wymiocin wytarłem moim pięknym szalikiem w renifery, jest to mój ulubiony szalik i bardzo ubolewam nad poświęceniem go, aby zachować czystość na ryju.

Wszystko to dalej znajduje się tam, na chodniku...

Nie wiem co we mnie wstąpiło, że opisuję ten kompromitujący ciąg zdarzeń, ale w życiu spotyka mnie niewiele ciekawych sytuacji, a wypróżnienie się na środku ulicy to chyba fajne doświadczenie, którym warto się podzielić z internautami.

piątek, 25 stycznia 2013

Cycek od krowy



Ehhhh, dziwna noc. Wygrzebałem swój stary szlafrok i popierdalam w nim od jakiejś godziny po chacie w poszukiwaniu mleka, bo złapała mnie bolesna zgaga. To jedna z wielu dotkliwych dolegliwości, które mi doskwierają. Nie mam kondycji, wszystko to dzięki papierosom i lewemu zwolnieniu z wuefu. Tak, jestem zajebisty. Czuję się niezwykle pięknie, bo zakupiłem żel pod prysznic i płyn do kąpieli z Original Source. Niesamowite. Płyn do kąpieli czekolada-mięta i masz najpiękniejsze orgazmy jakich żaden bóg nie miał NIGDY!

Trochę mi dziś odbija. Jutro jakaś babka odwiedza moje domostwo. Mamusia załatwiła mi korepetycje z chemii, chociaż mówię jej cały czas, że bez jej ciężko zarobionych sześciu dyszek dam rade, że koleżanka się zna, bo chodzi do zajebistej szkoły i ma z chemii pięć, więc mi pomoże, ale nie... Szkoła zaczyna mnie coraz bardziej dopierdalać. Chyba wraz z początkiem drugiego semestru w moim wnętrzu uruchomił się holiday mode.

A oglądając przemowę Krystyny Pawłowicz w sejmie o mało nie obsrałem najbliższego otoczenia ze śmiechu. Typowy przykład robactwa, samicy o wymionach jak krowa i małym mózgu jak stegozaur.

Czas pójść spać

czwartek, 17 stycznia 2013

JP 100%

Nie wiem kiedy ostatnio zostawiłem tutaj ślad swojej egzystencji. W każdym bądź razie wydarzyło się niewiele. Sytuacje, z którymi miałem styczność także nie były wysokiego kalibru. Pewnego wieczora, gdy w pocie czoła tworzyłem notatki na biologię (jakieś węzły zatokowo-przedsionkowe, chuj wie co to jest) niezwykle piękną i charakterystyczną dla mnie kaligrafią, którą tylko ja potrafię rozczytać, a rysunku kłębuszka nefronu w wykonaniu prawda moich dłoni nie zrozumie nikt! Wszystko to za sprawą cudownych mazaków, lubię mieć kolorowo. Najśmieszniejsze jest to, że moje zeszyty świecą pustkami, niecenzuralnymi rycinami oraz słyną z prymitywnego i niechlujnego sposobu ich prowadzenia. Natomiast całą swoją wiedzą zatrzymuję na pojedynczych kartkach, wyrwanych z zeszytu, który z założenia miał być do przedmiotu o wdzięcznej nazwie religia, ale go niestety nie prowadzę. W tych czasach nikt go nie prowadzi. W ten oto sposób wiadomości o układzie krwionośnym człowieka są pełne barw i przyjemnie się uczy. Ostatni człon poprzedniego zdania napisałem tylko ze względów stylistycznych, bo nauka nie jest przyjemna. Wracając do tematu... Siedzę spocony i śmierdzący na łóżku w dresach ujebanych pastą do zębów i substancjami nieznanego pochodzenia, gdy nagle u progu domu moich rodziców pojawia się policja. Myślałem dlaczego oni tu są, kogoś obraziłem albo może chodzi o moje psychodeliczne błogostany, którymi czasem się oddaję. Domownicy żwawo zebrali się na przedpokoju, by wysłuchać jak niedokształcony glina usiłuje płynnie przeczytać to co pisze na karteczce, a pisało niewiele i nic strasznego. Musiałem złożyć zeznania na grupę niegdyś mi bliskich osób (to śmiesznie brzmi), bo włamali się osobie, która nigdy nie była mi bliska (to brzmi jeszcze lepiej) na konto portalu społecznościowego Facebook. Więcej nie napiszę, gdyż obawiam się, że moja działalność w sieci może zostać poddana inwigilacji.

Następnego dnia w całkiem lajtowym nastroju pojawiłem się na przesłuchaniu. Atmosfera była bardzo sympatyczna i domowa. Mikrofalówka i plakat półnagiej kobiety na ścianie dodawały owemu pomieszczeniu niezwykle stereotypowy charakter, ale było spoko. Spędziłem tam jakieś 40 minut, odpowiadając na pytania i poprawiając po panu komisarzu protokół. Policjanci bardzo sympatyczni, swobodni dzielnicowi.

Najbardziej wkurwił mnie fakt, iż nikt łaskawie nie poinformował mnie, że sprawą zajmują się organy władz państwa i straciłem swój ciężki czas oraz muszę wziąć pod uwagę stres na jaki mnie narażono. Tak czy siak mam to w dupie.

Zdecydowanie przyjemniejszą sprawą jest mój najnowszy piercing. Smiley zrobiłem w kiblu w niedzielę. Przygotowałem cały swój jałowy sprzęt, poczułem się jak prawdziwy spec. Jeb! i oto w moim wędzidełku znalazła się podkowa z bioplastu. Już się prawie przyzwyczaiłem. Przebiłem trochę krzywo, ale nikt nie zauważy. Jestem bardzo zadowolony, że latając z kaniulą dożylną w ryju po mieszkaniu nie zemdlałem.


Kocham ten dźwięk i widok Cassie ćpającej tabsy, zapijając je alkoholem w pistolecie na wodę.

sobota, 5 stycznia 2013

Zero zero



Mój zegar biologiczny uległ zbyt poważnemu uszkodzeniu. Wstałem o godzinie zero zero dwadzieścia coś, sukcesywnie. Czas najwyższy to naprawić.

Mam jednego papieroska, którego wypalę ze świadomością piękna mojej alabastrowej struktury umysłu (?)

Czas się umyć, śmierdzę. Perfum Diora jednak nie zwolni mnie z pielęgnacji tej warstwy gruzu, która zwie się ciałem.

czwartek, 3 stycznia 2013

A imię jego 69

Nienawidzę romantyzmu. Może to ta chora sfera poglądowa i widoczne zawichrowania psychiczne polskich wieszczów w ich utworach. Spójrzmy prawdzie w oczy, nikt w XXIw nie cztałby tego badziewia, bo po co? Jedyne co nas trzyma przy tych zbiorach liter na papierku to szkoła. Wielcy patrioci, którzy spierdalają z kraju gdy zaczyna się robić ostro, a później piszą, jak bardzo brakuje im ojczyzny, metaforyzując misternie nostalgię. To takie moje spostrzeżenia "na surowo". Zerkając na komentarze internautów pod streszczeniem "Kordiana" dochodzę do wniosku, że dokonałem dobrego wybory nie sięgając po spuściznę Słowackiego.

W sumie to troche nawet rozumiem tych wieszczów, wszyscy ruchali się z tymi samymi laskami.

Nic ciekawszego na dziś dzień nie wymyśliłem. Jutro nie pojawię się na chemii, nie będę czekać przez dwie godziny nic nie robiąc.

środa, 2 stycznia 2013

Wpisik nocny

Po czasie wolnym od pracy, zawsze po jego zakończeniu nienawidzę szkoły bardziej :)

Nie mam na dziś żadnej myśli przepełnionej wirtuozerią i kretynizmem. Pregnę się jedynie podzielić muzyką.

wtorek, 1 stycznia 2013

Ooo! Zgadza się!


Jebać wszystko

I co? Jest nowy rok. Nie widzę rewelacji. Celowo użyłem małych liter. Bardzo śmieszny dzień, nic specjalnego. Idąc do domu jeszcze w stanie lekkiego odrętwienia alkoholowego nadjechał mój autobus, przypadkiem go zauwazyłem. Pustki w środku i na ulicach. Dopiero gdy wychodziłem obszerne stado moherowych beretów tłocznie wpierdalało się do wejścia, tak że nie umiałem zejść po schodkach. Kulturka. Oczywiście wszyscy zmierzali do kościoła... To była jedna z pierwszych przygnębiających sytuacji, jaka mnie spotkała.

Nie wypiłem dużo, właściwie to bardzo mało. Jasne, był moment gdy dosyć swobodnie się prawda poruszałem i nie potrafiłem się logicznie wysłowić, ale szybko przeszło. Cały czas zachowywałem zdrowy rozsądek i nie brałem do ryja każdej napotkanej zmysłem dotyku (bo wzrokiem było cięzko cokolwiek zlokalizować) substancji dozwolonej od lat 18 lub zupełnie nielegalnej. Odrobine odpowiedzialności jednak wyniosłem z tego domu.

Stosunkowo szybko dotarło do mnie najgorsze. Myśl, że jutro trzeba iśc do tej zasranej, komercyjnej szkoły. To już dziś, za kilka godzin. Może chore gardełko pozwoli mi zostać w domu. Odnośnie mojej kochanej szkółki, moja rówie kochana pani z informatyki pozmieniała trochę plan lekcji. Zmiany nie są duże, ale dla mnie apokaliptyczne w skutkach. W piątek zwykle opuszczam dwa wuefy, z których mam zwolnienie. Ostatnia lekcja to informatyka i po ugodzie z ową kobietą jestem przepisany do innej, wtorkowej grupy, także wcześnie jestem wolny, także super. A teraz? Przeniosła chemie przed inormatyke i co za tym idzie jestem zmuszony czekać przez dwie skurwielskie godziny lekcyjne na laboratoryjną paplaninę, gdzie nie ma podziału na grupy. Zrobiła to celowo, jestem tego pewien. Co teraz zrobie? Nie wiem. To pewne, że tego tak nie zostawie. To potwarz. Świństwo.

Jakieś konkretne postanowienie na 2013? Jebać wszystko. Co prawda nie jest zbyt konkretne, ale bardzo wymowne i autentyczne. Jestem z niego bardzo dumny.

A nad rzuceniem palenia musze się poważnie zastanowić, bo to nie będzie takie proste.