Jak za każdym razem po melanżu czuję się mniej "mega gwiazdą" niż zwykle jestem sobą. W skrajnie ujemnych temperaturach i z towarzysząca mi niewiedzą, czy stać mnie na bilet powrotny do wsi wesołej wsi spokojnej wyruszyłem na poszukiwania opoki dla strudzonych - dworca autobusowego. Wtedy nastał ten klasyczny moment niczym scena z filmu dokumentalnego o prostytutkach na TVN Style. To moment, w którym lekko pijany, kołysząc się na schodkach do pojazdu podchodzę do kierowcy i pytam się go "przepraszam, czy pan jedzie do kato???". Było miło i luksusowo jak na dwanaście złotych zapłaconych za tą ponad godzinną podróż po polskiej infrastrukturze, szarej i brzydkiej. Wielka szkoda, bo jadąc wcześniej autobusem tego samego przewoźnika zapłaciłem promocyjną cenę ośmiu złotych. Tak, ale cóż, promocja się skończyła tak samo jak mój czas w krainie przychylnej odstępstwom od normy. W głowie znowu swój korzeń zapuściła bezpostaciowa spierdolina, trudna do zlokalizowania psychiatrycznymi metodami. Stwierdziłem, że nie mam sobie i mojemu blogowi nic do powiedzenia. Przecież tak skonstruowany jest człowiek, gdy nie masz nic do powiedzenia, to mówisz cokolwiek, byleby jakoś wykorzystać ulotną chwilę. Nie da się tego ominąć, więc opowiem historię swoich myśli na kacu preliminarnym. Nie prośmy się o to, żeby inni przytakiwali nam i mówili, jak bardzo wartościowymi ludźmi jesteśmy, bo nikt nam tego w dzisiejszych czasach nie powie. Znacznie prościej jest kogoś zgnoić niż powiedzieć, że to wspaniale, że trzymasz się jeszcze w jednym kawałku pomimo tego, że jesteś ofiarą nieudanego eksperymentu. Na czym może polegać taki eksperyment? A no na tym, że widzi się świat inaczej niż oni. Jesteśmy w Mediolanie, a oni są w jakimś tam nie wiem... na wsi podczas jakiegoś pogańskiego święta zgniłych plonów. Masz pięć lat i upodobałeś sobie obskurną, brązową torebkę babci z rozjebaną przegródką w środku. Nie powiodło się. Na tym polegają błędy eksperymentalne. Znacznie śmieszniejsze są doświadczenia w mojej operonowskiej książce do chemii, gdzie nikt nie postarał się o objaśnienie ich. Nitrując benzen, nie można przeoczyć tego, że jest on najsmutniejszą cząsteczką na świecie. Ja nie mogłem. Nitruję sobie i widzę przed sobą sześciokąt foremny z kreskami wewnątrz. Jest to zdelokalizowana chmura elektronów pi. Artystycznie dostrzegłem w nim ludzką twarz, smutną i samotną, może trochę pijaną, może bez wody w domu, tak jak ja. To jest właśnie najpiękniejsza rzecz jaką kiedykolwiek udało mi się zrobić. Uczłowieczyłem coś. Teraz benzen jest moim symbolem. Od tego czasu myślenie stało się gęste.