Nie ma się co starać o nieosiągalne cele. Ludzkość zawsze sprawiała mi problemy, zwłaszcza dobieranie sobie ich przedstawicieli zgodnie z moim widzimisię i szufladkowanie jej na znajomych, przyjaciół i... nazwijmy ich konkubentami. Z tym ostatnim jest zawsze problem, bo każdy kto przeszedł moją fazę obserwacyjną pomyślnie, nie chce się zgodzić na przystąpienie do eksperymentu. No cóż, nie można mieć wszystkiego co się chce. Moje wnętrze ma się dużo lepiej, słuchałem dużo Amy Winehouse, wypaliłem dużo papierosów, trochę Barmańskiej też wypiłem. Standardowa terapia okazała się być niezawodnym sposobem na poprawienie sobie humoru w spędzony samotnie, nostalgiczny weekend. Niektórzy tego nie rozumieją, ale czego oczekiwać po tych żałosnych kupach mięsa o kształcie humanoidalnym na Facebooku. Żyjąc tylko w sieci trzy lata temu było mi dużo prościej. Rzeczywisty świat jest mniej podatny na kontrolę, nie można się wylogować w sytuacjach stresowych, gdy ktoś się do nas zbliża, a my tego nie chcemy, bo to boli.
Gdybym mógł ją poznać na pewno mocno bym ją przytulił, poczęstował szlugiem i pewnie spędzilibyśmy dużo czasu na nocnych kontemplacjach o smutku i ludziach, pijąc wódkę za wódką. Chociaż ona miała mocniejsza głowę, więc dla mnie butelka, a dla niej, nie wiem, może z dziesięć + crack.
Nie zakończę wpisu piosenką, chcę jeszcze coś z siebie wyrzygać. Ale mam pusty żołądek. Co mam powiedzieć? Że kurewsko mi brakuje osoby, z którą spontaniczność nabiera zupełnie innego wymiaru? To dla zgimbazjalizowanych dzieci nieszczęśliwych w swoich zauroczeniach. Tylko muzyka mi pozostała, pozostanie już po kres moich dni. Nie wiem czy to dar czy klątwa. Nawet nie mam ajfona pięć. Żenada. Ż-E-N-A-D-A. Wydaje mi się, że prawdopodobnie pisane mi jest być alkoholikiem, to bez wątpienia przeznaczenie. Pewnie dlatego ta pizda Amy zawsze była najbliższa memu choremu serduszku i gdy pierwszy raz ją usłyszałem, pomyślałem "kurwa, to jest dobre, to coś pewnie opisuje mnie, chociaż nie znam angielskiego, ale pewnie i tak mnie opisuje". Wtedy nie wiedziałem, że istnieje coś takiego, jak tekstowo.pl. Mniejsza z tym. Wszystko się zgadza. Amy umarła dwa lata temu, a ja nie wiem jak długo będę ruchem pełzakowatym przemieszczać się ze skrajności w skrajność. Pozostaje mi więc zapalić, pomyśleć chwile i przekroczyć próg mojej szkoły, ale to jutro. Rucham ten świat i mam HIV.
niedziela, 8 września 2013
piątek, 6 września 2013
YOLO
Piątek/Sobota. Do tej przestrzeni nocnej w tygodniu mam najbardziej ambiwalentny stosunek. Niby noc, wiadomo - czas na melanż po ciężko przepracowanych dniach roboczych za marny hajs (nie dotyczy Kim Kardashian). Własne myśli są stłumione brzydotą napotkanych w klubowej palarni ludzi i oklaskami lumpenproletariatu do nowego singla Lady Gagi. Sam nie wiem z jakiego powodu nie prowadzę kontynuacji swojej serii wakacyjnych eskapad po świecie danceflooru oraz smacznych drinków, na które nigdy mnie nie stać, więc zawsze kupuję czystą. Być może jest to spowodowane moim ciężkim stanem psychicznie wręcz agonalnym. Oczywiście w mniej więcej 70% całe to zamieszanie spowodowane jest jedną, cholerną osobą, więc.............,
więc.............,
więc.............,
więc.............,
........................więc no cóż (kocham moje "no cóż"). Tak to jest, że czasem ktoś po wypiciu pewnej ilości destylatu alkoholowego rozcieńczonego wodą w stosunku ok. 2:3 usiłuje się wpierdolić z brudnymi butami do naszego starannie i kunsztownie układającego się życia, ambicji o wysokim wyniku na rozszerzonej maturze z chemii, chęci bycia wrednym i pozornie próżnym singlem 4ever. Żyje się tylko raz. Trochę mnie przeraża moja ubarwiona do granic absurdu wizja przyszłości, nawet tej najbliższej, bardzo bliskiej i tej absolutnie nierealnej. Może się uda. Autopsja wiele mnie nauczyła. Przywykłem do porażek i łapania owadów latających wokół laptopa rękami. Rutyna jest bardzo zła, przytłacza mnie, ale ma swoje pozytywne strony. Dzięki niej pewne sytuacje typowo ludzkie są przyjemniejsze, niż dla kogoś, kto całe życie trwa w zmiennych środowiskach zarówno rówieśniczych, jak i każdych innych. Podobnie bywa z tymi nieprzyjemnymi sytuacjami, boli jak chuj. Tym oto tradycyjnie filozoficznym akcentem kończę egzaltować i pędzę zapalić sobie papieroska elegancko w kiblu.
więc.............,
więc.............,
więc.............,
........................więc no cóż (kocham moje "no cóż"). Tak to jest, że czasem ktoś po wypiciu pewnej ilości destylatu alkoholowego rozcieńczonego wodą w stosunku ok. 2:3 usiłuje się wpierdolić z brudnymi butami do naszego starannie i kunsztownie układającego się życia, ambicji o wysokim wyniku na rozszerzonej maturze z chemii, chęci bycia wrednym i pozornie próżnym singlem 4ever. Żyje się tylko raz. Trochę mnie przeraża moja ubarwiona do granic absurdu wizja przyszłości, nawet tej najbliższej, bardzo bliskiej i tej absolutnie nierealnej. Może się uda. Autopsja wiele mnie nauczyła. Przywykłem do porażek i łapania owadów latających wokół laptopa rękami. Rutyna jest bardzo zła, przytłacza mnie, ale ma swoje pozytywne strony. Dzięki niej pewne sytuacje typowo ludzkie są przyjemniejsze, niż dla kogoś, kto całe życie trwa w zmiennych środowiskach zarówno rówieśniczych, jak i każdych innych. Podobnie bywa z tymi nieprzyjemnymi sytuacjami, boli jak chuj. Tym oto tradycyjnie filozoficznym akcentem kończę egzaltować i pędzę zapalić sobie papieroska elegancko w kiblu.
poniedziałek, 2 września 2013
Nie tylko papierosy
Znowu się we mnie trochę uczuć, niepewności, wstrętu do siebie i wkurwienia wymieszało. Boje się tej niebezpiecznej substancji, którą się stałem. Szkoła przywróciła moje stare nawyki, a mianowicie uległość wobec czułych objęć dymu papierosa, jedynych czułych objęć z jakimi ostatnio mam styczność. Nie jest to palenie na imprezach, dla relaksu, towarzysko. To jest histeryczna konieczność natychmiastowego zajarania, będąca produktem ubocznym rodzącego się we mnie stresu, związanego z wizją zapierdolu w klasie maturalnej. Widzę, że inaczej trzymam papierosa. Nie wypuszczam go z palców, gdy już dociera do mojej jamy ustnej. Rozluźniona wersja mnie zawsze go wypuszczała i obserwowała podniebne wędrówki śmierdzących chmurek o artystycznych kształtach. Mój stan również związany jest z wieloma osobami, które poprzestawiały mi szufladki, więc nie wiem gdzie zajrzeć w razie problemów natury osobistej, które doskwierają mi w chwili obecnej bardzo boleśnie. To jest właśnie sensem mojego bloga, po to go stworzyłem. Za kilka tygodni, gdy wszystko będzie już okej (lub też nie okej, ale zakładajmy tę pozytywną opcję) przeczytam to co tutaj pięknie napisałem, i będzie mi lepiej. Ja pierdole, nie będzie okej. Nie wiem czy potrafię porozumieć naukę i życie osobiste, a co dopiero swoje chore usposobienie z czyimś życiem. No cóż, muzyka jest i będzie mi pomocna. Bez niej byłbym niewolnikiem rzeczywistości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)