wtorek, 20 listopada 2012

Krwotok z nosa

Nie sypiam zbyt dobrze nocą. Wolę spać za dnia, bezpośrednio po powrocie ze szkoły i zjedzeniu  obiadu. Z tym dniem przesadziłem, jak wszystko co na talerzu znajdzie się w moim żołądku robi się ciemno. Nigdy nie lubiłem zasypiać. Jako dziecko bałem się patrzeć podczas nocy w okno. W każdej chwili kosmici mogli wylądować na moim parapecie i odebrać już cnotę. Lata mijały, a ja dalej bałem się kosmitów, ale o cnotę już nie. Konieczność palenia w oknie uwolniła mnie od lęku przed ufoludkami. Chyba nie tak przebiega ta historia, ale ogólny sens został zachowany. W czasie gdy  wszyscy inni oddają się w objęcia Morfeusza, ja wykonuję rzeczy pożyteczne. Na przykład piszę bloga, albo palę papierosy. Kiedy palę, popiół spada na ogródek mojej sąsiadki i użyźnia glebę oraz pranie lokatorów, którzy kurwa ubrania  pościel wystawiają przez okno. Kto to widział. Nocą mam zawsze niebotyczne pokłady dziwnych myśli, których nie rozumiem, ale wydają się być tak bardzo zajebiste, że muszę je publikować.

Chwilę temu przeżyłem mini krwotok z nosa. Bez obaw, jestem niezniszczalny. Całkiem przyjemne uczucie.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Raz kocham, raz nienawidzę




Jest jedna rzecz, przez którą mam mieszane uczucia. Odchodzi mi ochota na palenie papierosów. Nie wiem czy się cieszyć, czy płakać. Wyszłoby mi to na zdrowie. Straciłem już tyle pięknych swetrów przez ciągle drożejące L&M light, więc podreperowałbym zawartość mojej szafy, oblepionej wieśniackimi naklejkami przez mojego młodszego brata. Z drugiej strony, bez papierosa mi nie do twarzy. Smród z fajek i nadmiar lakieru do włosów to moje dwa firmowe zapachy, tworzące unikalną więź na moich włosach i ubraniach. Nie pozbędę się tego. Jeśli jakimś cudem tytoń przestanie mi smakować, skonstruuję maszynę, która sama spala papierosy. Będę odprawiać rytualne tańce wokół dymu i w ten sposób mój ulubiony zapach nadal nim będzie. Chociaż czasem, szczególnie nocą dym po prostu powoduje u mnie wymioty. To jest toksyczna miłość.



Ostatnimi czasy zbieram bardzo dobre stopnie w szkole, nawet za dobre, jak na mnie. Okres kujoństwa mam już za sobą i bardzo się z tego ciesze, bowiem było to przykre przeżycie. Gimnazjum wspominam niemile, liceum też tak będę wspominać. Nie rozczulam się sentymentalnie nad pierdołami. Po maturce, którą może napiszę dobrze wypierdalam stąd, jak najdalej. Nie wspominam nawet ludzi z przeszłości, może dlatego, że nie mam co wspominać. Nie mam nic pozytywnego do przypomnienia sobie o ludziach, którzy kiedyś coś znaczyli w moim życiu cioty. Jedyne do czego wracam i będę wracać to muzyka i teksty z dawnych lat i moje własne, przelane na papier tudzież sieć internetową myśli.

Dalej jestem nabuzowany. Ludzie wciąż mnie denerwują, ale już na inny sposób. To głupie, bo nie potrafię sprecyzować czy kogoś lubię, czy zadaję się z nim z bliżej niewyjaśnionych przyczyn, takich jak spontaniczność, samotność, potrzeba zapalenia papierosa czy chęć porozmawiania z kimś. Nawet jeśli ten ktoś znacznie odbiega od mojego (nie oszukujmy się) niezłego poziomu intelektualnego. Rozmowy z takimi osobami są komiczne. Z biegiem czasu odbiegać zaczęli wszyscy. Kiedyś to była mimowolna izolacja od społeczeństwa, teraz to eksperyment. Nie do końca trafnie to określiłem, ale nie chcę mieć głębokich relacji z ludźmi, stwierdziłem, że jest mi to niepotrzebne i przeszkadza. Bez odpowiedzialności, że należy wykonać coś dla jakiejś pierdolonej przyjaciółki jest dużo lepiej. Z ludźmi dobrze się tylko pije alkohol i zażywa substancje halucynogenne, nic poza tym. Zdanie oczywiście zmienię za jakiś czas, bo w tej płaszczyźnie jestem bardzo niestabilny. Mam taki okres, wiecznego podkurwienia i wyimaginowanej desperacji.





czwartek, 15 listopada 2012

Równanie gazu doskonałego



Mam dość ludzkości. Mam ochotę zamknąć się w szczelny inkubatorze, odizolowanym od społeczeństwa. Zabrałbym ze sobą wartościowe osoby, z którymi mógłbym rozmawiać na takie tematy jak literatura, sex, filozofia, mięsna sukienka Lady Gagi i globalne ocieplenie. Chciałbym, aby ów inkubator unosił się nad lądami, bym mógł obserwować świat. Chcę zwiedzić świat. Czuję takie cholerne potrzeby, wymagające sporych pokładów hajsu. Brazylia, ponoć jest tam świetnie. Ludzie nie są bogaci, a bawią się i cieszą życiem. Polska to bardzo dziwny kraj. Ludzie mają zacietrzewiony w umysłach pewien schemat myślowy już od momentu narodzin. To przykre. Smuci mnie też fakt, że uważam się za lepszą jednostkę, ale w nieco innym kontekście niż generalnie ludzie się uważają za lepszych. Nie chodzi tu o pieniądze, urodę ani zdolności. Chodzi o mózg, a właściwie umiejętność posługiwania się nim. Staję się megalomanem, pomocy...

Czas się uczyć fizyki. Moja nauczycielka tego przedmiotu nie jest wybitnie zła, jest dziwna. Podobno była w psychiatryku. Często na długo wychodzi w czasie lekcji i zjawia się z zupełnie innym usposobieniem do świata. Zupełnie tak, jakby w jej ciało (jak na swój wiek ma niezłe nogi...................... tylko nogi) weszła inna osobowość, niekoniecznie lepsza. Możliwe, że w swoim składziku zażywa substancje psychotropowe. Nie wiem. W każdym bądź razie nie należy do grona moich ulubionych belfrów.



W tej piosence jestem zakochany, czaruje mnie.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Smród tanich perfum

Ostatnio jestem bardzo obojętny na świat zewnętrzny. Zbyt obojętny. Zamknąłem się w otoczce zmęczenia i spoconych ubrań i żyję sobie w niej swobodnie. Nie stać mnie na perfumy. Wolę śmierdzieć potem niż psikać się czymś za dwadzieścia złotych, a Dior przecież kosztuje. To moja dewiza życiowa, wymyśliłem ją właśnie teraz. Ma jakiś głębszy sens. Źle bym się czuł, nosząc na sobie woń dostępną za małe pieniądze. Co jak co, kupuje ubrania w lumpie, ale nic nie zastąpi zapachu drogich perfum.

Moja mama doskonale wie, jak odbierać mi chęci do życia. Wróciłem późno ze szkoły, jak to w cudowne poniedziałki. Bardzo desperacko zrzuciłem z siebie torbę, rurki i kalesony, które ubrałem niepotrzebnie. Było mi bowiem za ciepło. W Internecie czekała na mnie bardzo dobra wiadomość - Lana Del Rey wystąpi w Polsce 2 czerwca 2013. Jedna z normalniejszych lasek robiących karierę, w dodatku jej głos przenosi mnie do świata gdzie nie ma istot żywych. Jestem tylko ja i moje chore myśli, płynące wraz z nurtem Summertime Sadness. Otóż mój wujek ma wesele 1 czerwca. To już tradycja, że wszystkie moje miłe momenty kończą się kurwicą. Dołożę wszelkich starań, aby tam być. Tym razem rodzinna impreza, na której nawet się nie najebie, bo nie będę jeszcze pełnoletni mi nie przeszkodzi. Druga sprawa to kościół. Nie wejdę tam. Prędzej wyrośnie mi kloaka na czole. 

Nauczyciele działają mi coraz bardziej na nerwy. Im dłużej trwa ten marny proces edukacji mojej osoby, tym więcej ubytków w ich inteligencji dostrzegam. To samo dotyczy się moich znajomych. Lubię niektórych, ale czasem dochodzę do wniosku, że wszyscy to debile. Wtedy odkrywam nową przestrzeń, świat, gdzie tylko ja myślę, a reszta egzystuje w sposób bardzo podobny do stułbi. Ah ta megalomania.

Gdzieś ostatnio ktoś przypomniał mi o starym przysłowiu kto pod kim dołki kopie ten sam w nie wpada". Jadąc autobusem pozwoliłem sobie zmienić trochę sens tego przysłowia, ale nie chciałem go zbyt zmieniać. Wyszło "kto pod kim dołki kopie powinien używać koparki". Bardzo pasuje do mojego stosunku behawioralnego wobec ludzkości.



czwartek, 8 listopada 2012

Smoke weed


Psychicznie jestem stopioną margaryną, potrzebuję więcej zieleni w swoim życiu.

piątek, 2 listopada 2012

Matryca

Mój laptop to istny wrak komputeryzacji. Matryca pękła chyba w kilku milionach miejsc. Podpiąłem pod niego monitor, który nagle przestał działać. Na szczęście Szymek poczytał w sieci o skrótach klawiszowych (chyba tak to się nazywa) i wszystko jest OK. To była dla mnie wielka duma, że naprawiłem coś sam. Klikłem tylko jednocześnie na dwa guziczki, niby nic takiego, ale dla mnie to wielki wyczyn. Sprawiłem, że coś ożyło. Czuję się matką.

Ostatnio napadła mnie nagła złość na świat. Ciągle się ze wszystkimi kłócę i nie widzę sensu w swojej dalszej egzystencji. Nie wiem co mi odpierdala. Być może to brak miłych przeżyć od 6 sierpnia 2012r, kiedy to miałem urodziny i zostałem delikatnie mówiąc zrobiony w chuja przez najważniejszą dla mnie osobę. Co mi to dało? Na pewno wzbogaciło coś, co mądrzy ludzie nazywają bagażem doświadczeń. Utrata bliskich powoduje, że dojrzewamy. Chodzi o jakąkolwiek utratę. Chodzi o stan, gdy ktoś mówi ci "nara, znudziłeś mi się, mam cię w dupie, zdradzę cie z brzydkim ciulem pracującym w sieciówce", ale chodzi też o stan gdy ktoś idzie spać i nie chce już wstawać. Co mogłem zrobić. Mogłem zostać Amy Winehouse, ale nie miałem kasy na narkotyki i alkohol. Miałem, ale wcześniej wydałem na ubrania i to chyba mnie uratowało, to i moja kontrolująca mnie rodzina. Stłumiłem w sobie cierpienie, spiąłem pośladki i dalej szedłem po równi pochyłej.  Przyznam, że balansowanie pomiędzy skrajnościami wychodzi mi nieźle, nie upadłem jeszcze, ale miałem wiele zachwiań (emocjonalnych).

Jestem zbyt skomplikowanym człowiekiem, ale uszczęśliwiają mnie rzeczy proste i niewielkie, takie jak na przykład piwko, winko, papieroski, dziesięć złotych, sweterek z H&M tudzież lumpa, farba do włosów. Takie słodkie. Mam fazę żeby przefarbować się na czarno. Mierzmy chęci na zamiary. Codziennie mam jakieś nowe, artystyczne wizje na temat tego, co może znaleźć się na mojej głowie.

Nie wiem. Jest jakoś powszechnie do dupy wszystko.