piątek, 10 maja 2013

Potop nienawiści

Ja pierdole! Moja wewnętrzna nienawiść, którą tłumię w sobie od lat właśnie osiągnęła apogeum jeśli chodzi o jej objętość w moich trzewiach oraz próchniejącej duszy. Ludzie są dla mnie zbędni. Wszechobecne robactwo, zdewaluowane, niewidzące sensu życia i niezastawiające się nad żadnymi zjawiskami występującymi w trakcie ich nic nie wartej egzystencji. Pasożyty wydalające swoje wstrętne, jebiące brzydactwem i szpetotą gówna za pomocą prymitywnych cewek Malpighiego. Pierdolone, nieusunięte przez nosicielki płody. Nie wiem czy jestem złym człowiekiem, ale gdybym mógł zniszczyć kogoś, kto chciał zniszczyć mnie... zrobiłbym to bez skrupułów. Nie chodzi mi tylko o śmierć (no cóż jest to chyba najlepsze wyjście z sytuacji), ale o eksterminację ich "umysłów". Co ja robię na tym świecie? Wydaje mi się, że nigdy nie doznam czegoś takiego, jak szczęście, takie beztroskie. Górno to fakt! Skrupulatnie obserwując swoje otoczenie, doszedłem do wniosku, że ludzie szczęśliwi to w dużej mierze idioci. Jedynie nieszczęśliwe jednostki, pesymistycznie nastawione do rzeczywistości mają pewne pokłady rozumu w głowach. Są to oczywiście realiści. Chociaż od tej reguły także można się spotkać z wyjątkami. Mniejsza z tym. Dzień mojej śmierci będzie szczególnie piękny. Nadal towarzyszy mi dziwne, ale niebywale przyjemne przeświadczenie, że umrę młodo. Być może pamiętny klub 27? Niezwykły zaszczyt, znaleźć się w zacnym gronie artystów takich, jak moja kochana idolka Amy. Wiele bym dał by móc z nią porozmawiać. Musiała być nieszczęśliwą istotą, piękną jak phalaenopsis zapuszczający się u mnie w dużym pokoju. Moje odejście będzie spektakularne, pełne klasy i powabu, a także egzaltacji. Wtedy wszystkim wyznam, jak bardzo ich nienawidzę, jakimi są zbędnymi elementami prostej układanki, którą jest byt człowieczy. Nie czuję wstydu. Mam prawo do takich trafnych moim zdaniem uwag. Ludzie są najgorszą rzeczą stworzoną na drodze ewolucji, bo żadnych śmiesznych Jezusków i Allaszków nie ma. Załóżmy jednak, że oni istnieją, gdzieś w odosobnionym świecie. Muszą mieć niezłą jebe z poczynań swoich prawda ulepionych z gliny i innego ścierwa zwierząt. Tak! Człowiek nie jest człowiekiem, człowiek to zwierze. Głupie, nauczyło się ubierać ładne bądź brzydkie jak chuj ubranka, pić piwo i zarabiać pieniądze. Globalna zagłada będzie piękną chwilą. Wizja tego wzruszającego momentu, kiedy odłamki komet lub tsunami niszczą wszystko i wszystkich. Moje dzisiejsze uczucie zrodziło się na (i teraz uwaga) koncercie Moniki Brodki. Tak! Zacznijmy od przyjemniejszych tematów, od muzyki, niech tak będzie. Nie przepadam za tą artystką, jak dla mnie to pozerka. Nagle z dziewczyny śpiewającej piosenki idealne na grilla powstała księżniczka polskiej muzyki alternatywnej. Dziwne, ale przyznam, że podobają mi się niektóre z jej utworów. Wolę jednak wracać do przeszłości i nieśmiertelnego głęboko w środku gdzieeeeś i choćby śladu łeeeeeez. W moim wykonani amatorskim brzmi to jeszcze lepiej niż mogą sobie państwo wyobrazić. Taka mała dygresja - polecam czytać mojego bloga pod wpływem alkoholu, naprawdę. No więc Monia osłonięta światłem reflektorów uświetniła niezłym wokalem imprezę dla lumpenproletariatu. Widziałem znajome osoby. Tych, których widok nie kaleczy mych mitycznych oczu, a także wrogów. Ciekawi mnie, jak to się dzieje, że spotykam takich przeciętnych skurwieli. Są w stanie wywąchać smród z mojej dupy ze znacznej odległości. Po dzisiejszym wieczorze, jestem także pełen wątpliwości co do pewnych osób, niby bliskich. Alienacja podstawą mojego dzisiejszego pobytu w hotelu JA SAM PRZED ROZPADAJĄCYM SIĘ LAPTOPEM.

Pragę podziękować tym, którzy dali mi możliwość zamieszczania na tej stronce wszystkich tych myśli. To dla mnie bardzo ważne. Przez chwilę poczułem się kimś wartościowym.



Każdy z nas ma w sobie część gnijącej gdzieś w glebie Amy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz