Rutyna w moim życiu staje się coraz bardziej gęsta. Wszystko nabrało rytualnego wymiaru. Kawa, papierosy, przeklinanie, obżeranie się laysami. Nigdy nie zwracałem uwagi na ciągłość tego wszystkiego, a teraz tak nagle zdałem sobie sprawę, jak wielu zjawisk materialnych i niematerialnych jestem niewolnikiem. Opanowany przez nikotynę, kofeinę i przeświadczenie że jest się smutnym. Niby da się bez tego żyć, ale ja zawsze uroję sobie, że gdy rytuał nie zostanie zwieńczony, to źle się stanie. Źle się dzieje nawet po zwieńczeniu, ale jestem z tej grupy osób, które dmuchają na zimnie, więc bądź co bądź bardziej satysfakcjonuje mnie to mniejsze zło następujące po przejściu wszystkich "procedur". Nie sądziłem, że okres popierdalania z chemią i biologią do matury będzie taki trudny. Nawet teraz, gdy zajadam się pryncypałkami, myślę o przyszłości. A wydawałoby się, że konsumpcja czekoladowych batoników to czynność błoga dla umysłu, dająca uczucie odizolowania od rzeczywistości, a jednak tak nie jest, nie w moim przypadku. Świetnie to ująłem - ja jestem przypadkiem... Od początku wiem, że coś w mojej egzystencji działa nie tak, jak powinno. U innych form ludzkich nieszczęścia zawsze miały charakter hmmm punktowy, u mnie to jakiś taki zygzaczek, ciągnący się od kiedyś tam do teraz. Raz jest wyżej, raz niżej. Raz jest dobrze, a raz źle. Kojarzy mi się to z funkcjami i matematyką, ja pierdole. Ponownie mój ciężki stan martwicy osobowości się pogłębił. Znowu nie wiem w jakim celu ja postępuję wbrew sobie idąc tą drogą. Zaszedłem nią już wystarczająco daleko, chociaż mogłem dalej. Teraz mam szansę wyjść z gówna, w którym grzązłem już wystarczająco długo. Kim bym więc był, gdybym tej szansy nie wykorzystał? Boję się tego, co się zacznie dziać potem, po wykorzystaniu tej szansy. Najbardziej jednak boję się tego jak mutują relacje między mną, a ludźmi. Ale to strach tylko na jednej płaszczyźnie. Jest to terytorium bardzo niematerialne, a ostatnio zrodził się we mnie strach materialny. Dostrzegam swoje przemijanie. To, że włosy z głowy wypadają, a zaczynają rosnąć w nadmiarze wszędzie indziej. Nie chce mieć zarostu. Między innymi chęć depilacji laserowej i pozbycia się tego obrzydlistwa motywuje mnie do nauki. Po studiach chce mieć pieniądze, nie jakieś zawrotne sumy, ale konkretne. Gdy względne piękno przeminie one pozostaną i umilą mi trwanie ku końcowi. Niestety, nie wiem, czy zrekompensują mi brak żywej duży wokół. No cóż, na to pytanie odpowiem sobie za kilkadziesiąt lat. O ile dożyję, bo papierosałki robią swoje. Pierwszym krokiem do tej odpowiedzi będzie dostanie się na studia. Zacznijmy więc od najmniejszych kroczków, zabieram się więc za zadania z tlenków, wodorotlenków, kwasów i soli. Czas dopisuje, jest druga w nocy, magicznie. I do tego Placebo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz