niedziela, 10 listopada 2013

Ikona naszych czasów



Po raz kolejny zamknąłem się szczelnie w swoim wyimaginowanym świecie, silnie inspirowanym życiem ludzi mających więcej hajsu ode mnie. Stworzyłem przestrzeń pełną złudzeń, w której pląsam sobie odziany misternie w ubrania od najlepszych projektantów i podistoty odsuwają mi się z drogi, którą kroczę, niczym Kate Moss na wybiegu. Wyidealizowałem wszystko, co zostało mi dane w momencie narodzin i to, co w sobie wykształciłem przez te pierdolone osiemnaście lat w taki sposób, że powstał obraz ikony lat 10's XXI wieku, ikony naszych, chujowych czasów, brzydkich. Ja, bo któż by inny, jestem tą ikoną, szkoda tylko , że jedynie w moim mniemaniu i we własnym, sztucznym świecie. Sztuczny jest on na dwa sposoby: sztuczny, bo wykreowany przeze mnie, nierzeczywisty, niemający przekładu w rzeczywistości. Sztuczny jest też dlatego , że rządzą nim wartości przez ogół uznawane za płytkie, czyli pieniądze, piękno, lans, okulary przeciwsłoneczne w dni pochmurne... To wszystko składa się na osobę, którą jestem w okresie panującym akurat teraz, fashion-erze w mojej świadomości, w tym moim embrionalnym umyśle. Męską wersją Anny Wintour nigdy nie będę. Nie dlatego , że nie jestem męski i nie wpasowuję się w stereotyp szatyna z trzydniowym zarostem, tutaj chodzi o brak motoru napędowego, siły do postępu. Żałosne. Jestem słabszy niż mi się wydawało, w dodatku strasznym hipokrytą też jestem, bo w opinii ludu słabymi gardzę. Co mi po zachowywaniu się jak gwiazda, gdy nią nie jestem. Łudzenie się jest przyjemnością, której nie można nadużywać, można bowiem się nią kolokwialnie mówiąc najebać, a kac boli. Jest ono jednak bardzo przyjemne. Tej przyjemności można doświadczyć każdego dnia, ja doświadczyłem jej dzisiaj, w sumie wczoraj, bo jest 4:26, no cóż - syndrom bezsenności maturzysty. Tak więc, w celu chwilowego rozwiania ziemskiej chmury przykrego człowieczeństwa, postanowiłem zrobić sobie niskobudżetową sesję zdjęciową, wykonaną autonomicznie przy pomocy mojego laptopa i prostych urządzeń. Niestety, oświetlenie było nieprofesjonalne, bowiem lampka z biurka upadła mi ostentacyjnie ostatnio i przestała działać. Przy pomocy niezwykle specjalistycznych programów do obróbki komputerowej pobranych za free z neta, dokonałem retuszu i popadłem w pejoratywny samozachwyt. Wow. Tak jest codziennie. Codziennie będę robił sobie kamerkowe samojebki, nawet będąc niespełnionym artystycznie studentem farmacji, a potem pracującym starym dziadem (bowiem starość dla mnie zaczyna się po trzydziestce) gdzieś w laboratorium. Obym tylko miał dużo pieniędzy, tylko one będą w stanie dać mi chwilę rozkoszy, gdy będę dojrzały, brzydki i samotny. W ten banalny sposób odtworzyłem w pigułce swoje zjebane konotacje zapuszczające gnijące korzonki w czymś, co błyskotliwie nazwałem sobą. Czuję, że jestem już u mety mojego rozwoju osobowościowego i czuję się z tym bardzo źle.



Tradycyjnie dzielę się ze sobą muzyką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz