piątek, 6 września 2013

YOLO

Piątek/Sobota. Do tej przestrzeni nocnej w tygodniu mam najbardziej ambiwalentny stosunek. Niby noc, wiadomo - czas na melanż po ciężko przepracowanych dniach roboczych za marny hajs (nie dotyczy Kim Kardashian). Własne myśli są stłumione brzydotą napotkanych w klubowej palarni ludzi i oklaskami lumpenproletariatu do nowego singla Lady Gagi. Sam nie wiem z jakiego powodu nie prowadzę kontynuacji swojej serii wakacyjnych eskapad po świecie danceflooru oraz smacznych drinków, na które nigdy mnie nie stać, więc zawsze kupuję czystą. Być może jest to spowodowane moim ciężkim stanem psychicznie wręcz agonalnym. Oczywiście w mniej więcej 70% całe to zamieszanie spowodowane jest jedną, cholerną osobą, więc.............,




więc.............,




więc.............,




więc.............,





........................więc no cóż (kocham moje "no cóż").  Tak to jest, że czasem ktoś po wypiciu pewnej ilości destylatu alkoholowego rozcieńczonego wodą w stosunku ok. 2:3 usiłuje się wpierdolić z brudnymi butami do naszego starannie i kunsztownie układającego się życia, ambicji o wysokim wyniku na rozszerzonej maturze z chemii, chęci bycia wrednym i pozornie próżnym singlem 4ever. Żyje się tylko raz. Trochę mnie przeraża moja ubarwiona do granic absurdu wizja przyszłości, nawet tej najbliższej, bardzo bliskiej i tej absolutnie nierealnej. Może się uda. Autopsja wiele mnie nauczyła. Przywykłem do porażek i łapania owadów latających wokół laptopa rękami. Rutyna jest bardzo zła, przytłacza mnie, ale ma swoje pozytywne strony. Dzięki niej pewne sytuacje typowo ludzkie są przyjemniejsze, niż dla kogoś, kto całe życie trwa w zmiennych środowiskach zarówno rówieśniczych, jak i każdych innych. Podobnie bywa z tymi nieprzyjemnymi sytuacjami, boli jak chuj. Tym oto tradycyjnie filozoficznym akcentem kończę egzaltować i pędzę zapalić sobie papieroska elegancko w kiblu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz