środa, 3 kwietnia 2013

Smak gówna

Silnie zdegustowany powtórką materiału z matematyki z całego roku zasiadłem przed komputerem. Właściwie to liczyłem, że siła woli pozwoli mi pouczyć się nieco więcej niż ta marna, niecała godzina z przeglądaniem podręcznika i zastanawianiem się po chuj komu wiedzieć ile cukiernik potrzebuje pączków, aby ułożyć piramidę taką, jak na zamieszczonym zdjęciu? Cóż, niewiele mogę się spodziewać po sobie, nieletnim chuju, który od roku usiłuje rzucić nałóg tytoniowy i przestać pisać do pewnych osób, gdyż działa to destrukcyjnie na obie strony, ale najbardziej na mnie. Niektórzy nie powinni złościć z powodu drobnych mankamentów w moim charakterze. To szkodzi urodzie, a moi znajomi nie mają jej zbyt wiele. Jestem zmęczony życiem i zapierdalaniem z jednego Rossmana do drugiego. Mój umysł przypomina mi swoim stanem bezpłciową ścierę do pozbywania się zanieczyszczeń z dup i innych otworów człowieczeństwa. Nie potrafię z nikim złapać kontaktu, komunikatywność spada z godziny na godzinę. Nie wiem czy dobrze wstawiam przecinek w zdaniu wielokrotnie złożonym. Poza tym byłem dzisiaj w barze, piłem soczek, taki o konsystencji wyglądającej na to, że to zdrowy płyn. Dziwne doświadczenie. Do tego czipsy o bliżej niezidentyfikowanym smaku, bo cały fun wymyślony przez producenta polega na tym, że do konsumenta należy określenie jakich produktów chemicznych na podobieństwo czegoś smacznego (na przykład żeberek lub sałatki greckiej) użyto do produkcji tych ziemniaczanych przetworów za prawie ciężko zarobione pięć złotych! Standardowo, każdy kęs i łyk oddzielony od siebie warstwą dymu marki Red&White. Jeśli mój powrót do smutnego życia drugoklasisty, niosącego ciężkie brzemię na swych barkach ma wyglądać tak, to boję się wyobrażenia jakiejkolwiek odleglejszej przyszłości. Przerwy w zapierdalaniu do tego Alcatraz vol2 źle się na mnie odbijają.



Łapcie dziwki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz