Szkoła wkurwia mnie coraz bardziej. Nie chodzi tylko o wszechobecne ławice bezmózgiego planktonu (to nie są moi rówieśnicy, to plankton, nie mam rówieśników), ale o całokształt tworu jakim jest. To zło wcielone. Uczysz się, zakuwasz, plamisz książki na zmianę kawą albo piwem, a i tak dostajesz ocenę na jaką nie zasługujesz. Moja była nauczycielka z matematyki to chyba jedyna moja nauczycielka, o której można powiedzieć wiele ciekawych rzeczy, niekoniecznie pozytywnych, ale zabawnych. Po prostu była troszeczkę świrnięta, żeby nie powiedzieć, że pierdolnięta. Była git. Wszyscy się z niej śmiali, tak jak i śmieją się ze mnie, więc łączą nas jakieś wspólne więzy, ale tylko pod tym względem, na szczęście. Po pierwsze, jej styl życia był straszny, można nawet powiedzieć, że paranoidalny. Nie nauczyła mnie matematyki. Chyba nie była wybitnie złą nauczycielką, ale nie potrafiła mnie zmobilizować do nauki. Stworzyła unikalną, komiczną postać, która będzie kręcić się po moich wspomnieniach przez bardzo długi czas. Jej spojrzenie, dziwna narośl na czole, dwie różne skarpetki, pociągnięcia wnętrznościami nosa średnio co pięć minut, cała ona. Z drugiej strony to bardzo wartościowa i porządna kobieta, bardzo sympatyczna. Nic nie jest w stanie przebić historii, które opowiadała. O łunie światła, która pojawiła się wokół jej biustu (niegdyś jędrnego) gdy zdjęła bluzkę, na obozie... Tak... W ten sposób chciała nam przedstawić coś związanego z fizyką, nie wyszło jej. I tej głos............... TEN JEJ GŁOS!!!! Niezwykle męski i zadrapany, zupełnie jakby była wokalistką kapeli death metalowej. Będzie budził we mnie grozę aż po kres mojej egzystencji. Historia z II wojny światowej, o dzieciach podpierdalających kredę w szkole i skrobiących pazurami tynk ze ściany, aby uzupełnić niedobór niezbędnych do życia składników odżywczych to też ciekawostka, którą mi przekazała. Taki tak suplement diety. Komizm tej historii polega na porównaniu tych dzieci do kolesia z mojej ex klasy, który właśnie jadł kredę. Nie był raczej głodny, był gruby, głupi, spocony i śmierdzący i chciał się popisać. Ostatnio ta nauczycielka mi się śniła. Nawrzeszczała na mnie, bo na jakimś spektaklu w teatrze głośno kierowałem wulgarne słowa w kierunku innych osób, opieprzyła mnie i chyba kazała wyjść albo stanąć w kącie, już nie pamiętam. W każdym bądź razie o nauczycielach mógłbym napisać niezwykłą serię powieści science-fiction, takie sajensfikszyn, które miało miejsce w świecie rzeczywistym, to jest coś. Ich nadludzkie umiejętności, to coś rodem ze szkoły niezwykłych talentów profesora Xaviera.
Film Agnieszki Holland "W Ciemności", na pójście którego moja zajebista szkoła mnie kurwa zmusiła (i kazali mi zapłacić za to 8 PLN) zrobił na mnie o dziwo pozytywne wrażenie. Nie żałuję. W sumie dzisiaj rano stwierdziłem, że nie ma sensu tam iść. Pomyślałem "powiem komuś żeby powiedział babce sprawdzającej obecność, że poszedłem do toalety". Jednak czytałem, że córka reżyserki jest lesbijką, a ja kocham lesby, więc skoro potomstwo szanownej pani Agi to sami swoi, powiedziałem "czemu nie!". Temat wojny i Żydów trochę oklepany. Nie było tam nic budującego jakieś ważne współcześnie wartości, takie jak potępienie jebanego antysemityzmu, którego nienawidzę, podobnie jak innych izmów i fobii. Było za to dużo obyczajowości, rzeczy takie jak dupczenie się, porody, strzelanie, wątki miłosne. Pomoc bliźniemu też była, chociaż nie do końca bezinteresowna. Główny bohater, jak to zwykle w filmach bywa, doznaje nagłego katharsis i zmienia się w krystalicznego aniołka, pacyfistycznie nastawionego do istnień żywych (troche przesadziłem). Życie Żydów w kanałach i pomagający im Polak ze Lwowa, ryzykujący zagrożeniem dla siebie i swojej rodziny, naprawdę bardzo interesujące, ale nie wstrząsnęło mną wybitnie, ale film świetny.
Nie mam obecnie na nic energii, wyczerpały mi się akumulatory. Brak kasy na autobus i podróż do domu na własnych nogach. Posłucham trochę muzyki, głownie mojej kochanej Courtney Love, potem pójdę spać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz